Life is a movie, a very boring one…

Filmy. Ciekawa sprawa, zapisać ruchomy obraz w postaci klatek zmienianych jedna po drugiej jakieś 24 razy na sekundę. Lub jak to próbuje Peter Jackson w czterdziestu ośmiu. Ludzie potem narzekają, że obraz wygląda jak z opery. Choć akcja jest podobno bardziej płynna, mniej rozmazana / poszarpana (nie mylić z szybkim montażem). Sam się nie wypowiem, bo ani razu filmu w takiej technologii jeszcze nie widziałem i pewnie jeszcze nie ujrzę przez długi czas.

Człowiek jak był mały to oglądał dużo telewizji. W tej telewizji były różne treści, to kreskówki, to teleturnieje, to filmy. I tak człowiek za młodu oglądał te filmy (bo o filmach piszę, to się na tym skupię), podobało mu się, większości rzeczy nie rozumiał, ale było super.

Teraz się jest dorosłym, niemal, ogląda się to i owo, czasem nie ma nic nowego i interesującego. Z nudów się sięga po coś starego, aby sobie odświeżyć, co to fajnego było za młodu. Czasem się aż zgrzyta zębami, z powodu żenady jaką czasem można było wyczuć, ale lata temu było się za głupim, aby to zrozumieć. :P

Tak mili państwo, to oznacza, że ponownie rozbijam się o banały, o których wie każdy. :D

W każdym razie można zauważyć, że stare filmy nie były aż tak złe. Pierwszy Alien wygląda w HD REWELACYJNIE, a przecież miał premierę w 1979 roku. Pomijam już samą fabułę i akcję, atmosfera naprawdę dusi i pali w płuca. Taki RoboCop, 1987. Zawsze myślałem, że to taki jednak nieco kiepskawy film o gościu w plastikowym „pancerzu”, który broni Detroit, w przyszłości z końcówki lat 80. XX wieku. I mimo że faktycznie czuć tą brutalną akcję sprzed lat, to ten film jest naprawdę dobry. Są mocno przejaskrawione momenty, ale taki akurat był zamysł twórców. Byłem naprawdę miło zaskoczony. O „12 gniewnych ludzi” mogę także wspomnieć, to klasa sama w sobie. Aktorzy zrobili naprawdę porządną robotę, a wydawałoby się, że to kiepski czarno-biały film. Clerks też jest czarno-biały, a uwielbiam ten film (akurat Kevin Smith wybrał czarno-białą taśmę, bo była tańsza). :P

Może to niewiele, ale przesłanie brzmi tak (uwaga, banał) – stare filmy może są stare, ale wcale nie znaczy że są gorsze.


PS. Tak, musiałem o czymś w końcu napisać, kurz tu się zbiera. :P

My Remembrance & My Butthurt

Z początku miały to być dwa oddzielne wpisy, ale z racji że nie mam od paru miesięcy weny, aby coś napisać, to zbierałem pomysły do jednego worka. Stąd tak jakby dwa wpisy w jednym… Kto wie, może oba tematycznie się połączą. W końcu w chwili pisania tego akapitu to co chcę przekazać na piśmie jest obecnie zbiorem myśli, słów – kluczy wokół których muszę dodać biszkopt, polewę i jakąś posypkę.

No i tu pierwszy problem. Trzeba od czegoś zacząć. „Najlepiej od początku” – ten zwrot jest tak cholernie głupi, że mnie głowa boli. Zwyczajnie trzeba się zebrać do pisania, nie zaprzątać głowy jakimiś pierdołami odwracającymi uwagę…

Okej, może teraz.

Ludzie z reguły chcą być pamiętani. Przez własne dzieci, wnuków, współpracowników, sąsiadów, pijaków pod sklepem, kota, psa, czy innej rybki. Chcą pokazać, że coś udało im się osiągnąć. Zwyczajnie pokazać „tu byłem”. Lata temu jak ktoś się postarał i był w miarę kumaty, mógł coś napisać, albo namalować. Albo wyrzeźbić. Fuck yeah – stworzyłem rzeźbę ludzkiej dłoni, i to tak realistyczną, że można się nią drapać po dupie i się nie odczuje różnicy (w porównaniu do żywej dłoni). Ludziska będą o mnie mówić przez setki lat po mojej śmierci, ha! A ty piekarzu z naprzeciwka to tylko sobie bochenki pieczesz codziennie, zero w tym pomysłu, aby jakoś się utrwalić w ludzkiej historii!

Obecnie mamy Internet. Rzecz całkiem niezłą jak i tragiczną dla ludzkości w obecnym niedorozwoju cywilizacyjnym. Nie chcę filozofować, jakoś mi na to przeszła ochota ostatnimi czasy.

Dostęp do Internetu ma coraz więcej ludzi. W związku z tym coraz również trudniej jest się przebić do mas ludzi, aby być tym fajnym, modnym i zapamiętanym. Choćby i na tydzień. Narysowanie czegoś artystycznie ładnego i ciekawego już nie wchodzi w grę. Rysować potrafi naprawdę sporo osób, i to niekoniecznie z naszego rodzinnego miasteczka. Jakiś gość zza oceanu narysuje to od ciebie lepiej i szybciej. Muzycznie to samo. Filmowo bywa różnie, zaraz to rozwinę dalej. Pisać każdy może, trochę kiepsko lub trochę gorzej. Nie ma gdzie się za bardzo wyróżnić.

WIEM! Napiszę komuś, że chujowo rysuje.

„Rysujesz tak chujowo gościu, że mi monitor sam w proteście zmienia kolory.”

Kogoś rozbolała dupa. Z pewnością autora, ale stara się być kulturalny.

„Ta, dzięki za krytykę.”

Krytyka – świetna sprawa. Nie musisz udawać grzecznego, zwykle mówisz wprost, co ci nie pasuje. A że kogoś obrazisz? No hej – tym lepiej! Publika się zbierze, będzie zabawnie.

Wow. I just lost my train of thought.

Za pisanie się wziąłem 21 sierpnia. Dziś jest 3 września. Ciężko mi się zebrać do pisania.

Internet został stworzony do dwóch rzeczy: porno oraz narzekania.

Dzięki porno mamy lepiej rozwiniętą technologię streamowania plików wideo. Blu-ray w PS3. I takie tam. Chwała im.

Narzekanie – ludzie lubią jak ich dupa boli. Lubią narzekać, być rasistami, homofobami i innymi jeżami. W normalnym życiu zabrania nam się narzekać, promuje się wolność, równość i braterstwo. Nie wolno obrażać kogoś, że jest gruby, bo się obrazi. Nie wolno kogoś nazwać pizdą, bo to seksistowskie. Takie tam. Ale trzeba gdzieś znaleźć ujście dla tego wszystkiego, inaczej nam dupa pęknie z bólu.

I oto JEST! Anonimowy, pełen niesamowitych możliwości INTERNET!  Ha, kogoś tam opierdolę, potrolluję, zwyzywam od najgorszych, powiem czarnemu, żeby wpierdalał dalej te swoje KFC i arbuzy.

No co? I tak się nie dowie kim jestem! Bo jestem ANONIMOWY! Pierdolnę se jakiegoś nicka, typu „whitepowerTroll”. I chuja mi zrobią.

Z biegiem czasu Internet staje się coraz bardziej powszechny. Już nie trzeba nawet mieć do tego peceta, wystarczy komórka która spokojnie obsłuży strony w necie. Powrzucasz zdjęcia, wejdziesz na fejsa. Poczytasz reddita i ponarzekasz z innymi, że gra na konsoli nowej generacji nie chodzi w 1080p i 60 klatkach na sekundę. Toż to kurwa chamstwo! Żeby programiści byli tacy tępi i nie mogli wyciągnąć w 1080p 60 klatek przy maksymalnej ilości detali?! Toż to kpina z postępu cywilizacyjnego!

Lubimy też, aby o nas pamiętano w ten, czy inny sposób.

W prawdziwym życiu coraz o to ciężej, w końcu zawsze się znajdzie ktoś lepszy od nas, w czymkolwiek. Ale w Internecie…

Oh boy! Jest tyle możliwości, aby się zapisać na kartach historii! Stronach historii? Hm.

Można się obsmarować gównem, własnym, no albo cudzym, co kto lubi. Potem wziąć smartfona (ugh…) i se jebnąć film jak się biegnie naćpanym metą przez miasto.  Bo czemu nie? Ludzie szukający coraz bardziej pojebanych rzeczy (bo oglądanie w kółko dziewczyn jedzących własne kupy w końcu się nudzi) łykną i to, zapiszą na jakichś stronach, zostanie to zapamiętane. Ludzie będą o tym pisać, tak przez tydzień, a potem nadejdzie ktoś jeszcze bardziej pojebany. I tak w kółko.

Po prostu… Naprawdę musimy robić coraz gorsze rzeczy, aby ktoś nas zauważył, bo rodzice nie poświęcali nam uwagi za młodu?

Ciąg dalszy z dnia 5 września. Widzicie, pisanie stało się dla mnie problematyczne. Dawniej myślałem, że pozjadałem wszystkie rozumy i potrafiłbym pisać na każdy temat. Dzisiaj… Dzisiaj jak widać cała para poszła w gwizdek. Będę słowem pisanym, pisanym klawiaturą, w postaci binarnej, zapisanym na jakimś dysku na jakimś odległym serwerze. Niech nam zabraknie prądu. Albo niech te dyski padną. Co wtedy zostanie? Nasze wspomnienie. Wspomnienie o tym, że poświęcaliśmy swój czas na tworzenie czegoś, co nie ma sensu, mieć go nie będzie, za to będzie dziwnym archiwum naszych myśli, tych chwilowych jak i myśli układanych w całość przez lata.

Może kiedyś sobie ściągnę moje wszystkie wpisy, ułożę ładnie w PDF-ie, a następnie wydrukuję? Taki nietypowy pamiętnik… To jest dobry pomysł.

Po przejrzeniu podglądu tego wpisu stwierdzam, że jest on o niczym. Do tego jest cholernie długi, nawet jak na mnie… Próbowałem, a zawiodłem, jak zawsze. Cóż, zawsze będzie można się zapaść ponownie pod ziemię na sześć miesięcy. ;)

Przesiąknięcie

Ostatnio zauważyłem, że coś jest ze mną nie tak, jeśli chodzi o słuchanie muzyki. Przez ostatnie mniej więcej dziesięć lat słuchałem głównie rocka, metalu i ich wielu odmian, choć trzymałem się z daleka od ich wyraźnie mocniejszych odmian. Nie cierpię zarzynania gitar, darcia mordy dla darcia się, co by mroczniej / ciężej było. Odkąd odkryłem Devina Townsenda, a to było jakieś chyba dwa lata temu, szczerze mówiąc to nie pamiętam, zaszła w moim guście muzycznym widoczna zmiana. W końcu poczułem, co naprawdę daje mi przyjemność ze słuchania.

Zastanawia mnie tylko skąd się to wszystko wzięło. Wiele lat temu, jak byłem gówniarzem w podstawówce i początkach gimnazjum, słuchałem, jak na tamte czasy, “dziwnej” muzyki. Wtedy jeszcze nie miałem komputera, a jak miałem to tragicznego trupa. W każdym razie moje słuchanie muzyki ograniczało się do słuchania starych kaset ojca – słuchałem głównie Queen albo Aerosmith, zdarzało się także słuchać na przykład Thin Lizzy. Jakimś cudem zaraziłem się później Jean Michel Jarrem. Chyba ktoś z naszej rodziny miał parę jego płyt i kaset, byłem ciekaw co to za muzyka. Dodatkowo JMJ nagrał bodajże motyw przewodni mistrzostw świata w piłce nożnej we Francji w 1998 roku. Hah, do tej pory pamiętam jak się za młodego zachwycałem jak Zidane strzelił piękną bramkę w meczu finałowym.

Byłem w tamtym okresie zafascynowany JMJ. Jego muzyka była zróżnicowana, momentami bardzo industrialna, czasem wręcz kosmicznie lekka. Towarzyszyła mi przez wiele lat podczas odrabiania lekcji, czy czytania komiksów (Kaczor Donald, bitch!). Muzyka elektroniczna w najlepszym wydaniu, tak myślałem.

Później przyszło gimnazjum, zetknięcie się z grupą osób wiecznie walczących o przywództwo w 23-osobowym stadzie. To był… Skomplikowany czas. Muzycznie przeszła mi ochota na elektronikę, także na starocie. Trzeba było być na czasie z resztą lepiej wiedzących, żeby nie zostać jeszcze bardziej odrzuconym. Koniecznie trzeba było słuchać jakiegoś mocniejszego rocka albo hiphopu. Uch… To był czas System of A Down. W ogóle był boom na numetal (tak, wiem – SOAD to nie numetal) i tym podobne. Fakt faktem, SOAD lubiłem, ale jakoś mnie bardziej ciągnęło do Linkin Park albo Limp Bizkit. Lubiłem słuchać Gorillaz, ale chyba głównie ze względu na ich klipy, wiecie – celshading i te sprawy. Podobało mi się to, muzycznie zresztą też. Ale nie grupce w gimbazie – zostałem wyśmiany za to, że słucham takiego syfu jak Gorillaz. Pokornie przestałem ich słuchać, choć w głębi serca wiedziałem, że to dobra muzyka jest. I śmiem twierdzić po 11 – 12 latach, że tak jest nadal. Linkin Park przeminął parę lat temu. Można stwierdzić, że skończyli się na albumie Meteora, potem zmiękli, zdarza się. Limp Bizkit zapadł się pod ziemię na jakiś czas, ale powrócili z nowym materiałem w 2011 roku, mocniejsi niż wcześniej. Good times. SOAD za to się zawiesił, ostatnio koncertują, ale ich los jakoś mnie średnio obchodzi.

Później nadszedł Slipknot, Deftones (których kocham i uwielbiam) i wiele innych zespołów. Rock i jego wszelkie odmiany wypełniały mi muzyczną pustkę.

Gdzieś po drodze napatoczyło się radio internetowe – Drone Zone. Mogłem go słuchać godzinami i faktycznie tak się zdarzało. W szkole średniej, mając już Internet, a także kolegów z różnymi zasobami empetrójek miałem dostęp do wielu różnych gatunków muzycznych. Wszystko jednak nadal oscylowało wokół rocka i metalu.

Nie zrozumcie mnie źle, ale nie wyobrażam sobie siebie słuchającego hiphopu czy jakiegoś reggae. Gusta są różne, nie warto o nich dyskutować.

W końcu po wielu latach, korzystając z last.fm, trafiłem na pewnego Kanadyjczyka grającego rock/metal alternatywny/progresywny. Był nim, oczywiście, Devin Townsend.

Szybkie bieganie po YouTube i zassałem jego pierwszy album – Accelerated Evolution. Byłem wniebowzięty. Gitary, perkusja, bass, tło dźwiękowe… Wszystko ze sobą współgrało, nie było surowo, miało klimat, po prostu to coś.

Nie napiszę, że “jest moc”. Kurwa, jak ja nie znoszę tego zwrotu.

Zdarzało mi się w technikum słuchać Riverside. Niby było spoko, ale coś mimo wszystko do końca nie grało. Było zbyt płytko. Nie wiem jak to wyjaśnić. Chyba nie lubię jak w utworach gitara basowa gra zbyt wysoko. Naprawdę nie wiem.

Do tego Devin, moim zdaniem, ma świetny głos. Idealnie mi pasuje do całej warstwy muzycznej. Chyba nigdy nie byłem aż tak zachwycony muzyką. Do tego jego ostrzejsze wydanie w postaci Strapping Young Lad spodobało mi się niezmiernie. Mimo że ich muzyka momentami zahaczała wręcz o extreme metal, to i tak dało się wyczuć rękę Devina. Plus chyba zadziałało to, że nie do końca było to śmiertelnie poważne. Lubię jak muzycy tworzą genialną muzykę i nie zachowują się jakby mieli przy okazji kij od szczotki we własnej dupie.

I tutaj wracamy do początku. Zmiana. Przesiąknięcie. Tyle lat słuchałem wiecznie czegoś co koniecznie musi mieć perkusję, gitarę lub więcej, a także wokalistę (nie wymagany). Ostatnimi czasy przyszedł Aphex Twin.

Richard David James, bo tak się ów twórca nazywa, stworzył dla mnie chyba idealny zestaw muzyki elektronicznej do słuchania. Od dark ambientu po acid techno. Uwielbiam jego Selected Ambient Works Vol. II. Uwielbiam jego Drukqs. I Care Because You Do. To nie jest jego cała dyskografia, fakt. Idźcie poszukać na Wikipedii, jeśli się wam chce. Mogę go słuchać niemal non stop, a i tak mi się nie znudzi.

Widzę, że moje słuchanie muzyki chodzi falami. Elektronika lub rock / metal. Po prostu się z tego cieszę. Że pomimo zniechęceń, wyśmiewań i tym podobnych, nadal trzymam się tego, co mi właśnie sprawia największą radość w życiu – słuchanie muzyki.

Jestem także cholernie wdzięczny swoim rodzicom. Spotykam się czasem z ludźmi, którzy wiecznie narzekają na swoich rodziców. Że jacy to oni źli, niedobrzy i w ogóle. Czy tylko ja mam szczęście trafiać na ludzi z takimi beznadziejnymi problemami, czy to moi rodzice są dla mnie najlepszymi rodzicami, jakich mógłbym sobie wymarzyć? Moi rodzice są świetni, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jak czasem mnie doprowadzają do białej gorączki, to innych bym nie chciał. I to dzięki właśnie ojcu się zaraziłem starszą muzyką rockową. Strasznie się z tego cieszę i życzę innym, aby im też było tak w życiu dobrze.

Pack your bags, kids

Galaktyki. W niesamowicie wielkich przestrzeniach kosmosu galaktyk jest zatrzęsienie. Wiele z nich oddalonych jest od nas całe lata świetlne. Nasi astronomowie są w stanie je dostrzec za pomocą potężnych teleskopów, tyle że światło które oni widzą może pochodzić sprzed milionów lat. Wszak światło ma ograniczoną prędkość i nie dociera do nas “natychmiast”. Zatem to co widzimy, może być miejscem, gdzie wiele cywilizacji właśnie wchodzi na swój szczyt. Albo wchodziło, nie wiemy co się tam dzieje w >tej< chwili. Ktoś w jakiejś galaktyce oddalonej od nas niezmierzone ilości kilometrów z pewnością zauważył naszą galaktykę – Drogę Mleczną. Być może nawet początki formowania się zaawansowanego życia na Ziemi.

To wszystko jest takie… wielkie. Wspaniałe. Smutne. Smutne, bo nie żyjemy w czasach, gdzie podróżowanie z Ziemi na Marsa i z powrotem nie jest czymś powszechnym jak wyjście z domu po chleb do sklepu.

Nie dziwi zatem, że ludzie wymyślają sobie bogów. Muszą sobie jakoś usprawiedliwić swoje podłe życie, licząc na jakieś łaski po śmierci i tak dalej. Trzeba też jakoś wyjaśnić “skąd to wszystko się wzięło”. No bo żeby tak z niczego? Toż to bez sensu.

Rura montowana w kiblu w jakimś domu będzie bezużyteczna za 100 lat.

Nie jestem akurat naukowcem, żeby się wypowiadać na takie tematy. Po prostu czasami fajnie jest spojrzeć w nocne niebo i pomyśleć, że ludzkość dopiero raczkuje jeśli chodzi o rozwój cywilizacyjny…

KOLEJNY WPIS – CZĘŚĆ KTÓRAŚTAM

Zaniedbałem znowu bloga. Tak, wiem – moja wina. Nie musicie mi mówić, sam zdaję sobie z tego sprawę. Dobrze wiecie, że u artystów czasami kiepsko bywa z natchnieniem. A brak własnej muzy potrafi się na inspiracjach odbić jeszcze gorzej. Trzeba by od czegoś zacząć, w końcu nie odzywałem się od paru miesięcy…

Mam parę koleżanek, z którymi zdarza mi się gadać na różne tematy. Niestety one zwykle ograniczają się do narzekania jakie to ciężkie mają życie, jakie to nie są pewne swoich związków, jak to po głowie chodzi im zdrada (bo brakuje tego “czegoś”), albo nie wiedzą, co mają w ogóle robić. Jakbym był jakąś wyrocznią. Mógłbym wam powiedzieć kiedyś, że trzymam z wami kontakt tylko dlatego, ze lubię się patrzeć na wasze cycki bądź tyłki na zdjęciach na FB.  Jestem facetem, czasem mam inne spojrzenie na świat, ale nie pytajcie mnie, co robić w takiej lub innej sytuacji. Mogę wyrazić jedynie moje zdanie na dany temat, ale nie będę podejmować za was decyzji. To musi należeć do was. Chyba że jesteście takie kiepskie w ich podejmowaniu, że trzeba wam kogoś kto walnie was tym przysłowiowym kafarem w łeb, aż się otrząśniecie z letargu.

Widać pewnie dlatego jestem sam, bo nie mogę znieść czyjejś nieporadności… Jeden temat za nami.

Byłem jakiś czas temu w kinie w Krakowie, na dwóch filmach. The Dark Knight Rises oraz Prometheus (w wersji 3D).

Batman lekko mnie zawiódł. Akcja działa się zbyt szybko (jak na film tej klasy),  ale to moje odczucie… Wątki rozpoczynały się szybko i równie szybko gasły. Poza tym mam wrażenie, jakby Nolan dodał do filmu jeszcze 30 minut (film w sumie trwał jakieś dwie i pół godziny) to by wszystko ładnie się ułożyło. Tom Hardy świetnie zagrał Bane’a.

Następnie obejrzałem Prometheusa. Jest to film Ridleya Scotta, reżysera pierwszego Aliena, czy Blade Runnera. Akcja filmu dzieje się przed wydarzeniami znanymi z Obcego. Choć myślę, że Scott poszedł trochę na łatwiznę i zrobił copy-paste na głównych założeniach scenariusza. Czuć bardzo mocną inspirację Alienem. Wizualnie film jest przepiękny, momentami czułem nawet trochę Mass Effecta. Czekamy na kolejne części.

A propos Mass Effecta. Jakiś czas temu Bioware/EA wydali Extended Cut do Mass Effecta 3, czyli rozszerzoną wersję zakończenia.

Wydali ExC jako darmowe DLC, dobre i tyle. Zakończenie faktycznie zostało coś tam poprawione, ale bardziej to wyglądało na sztruksowe łaty zaszyte na dziurach w jeansowych spodniach. Niby jest lepiej, ale lepiej byłoby wymienić całość. W każdym razie powoli mnie nachodzi na kolejną partię Mass Effecta.

Hm… Chciałem wspomnieć o czymś jeszcze…

Aha. Piosenki o “miłości” w stacjach radiowych.

Kurwa mać. Czy ludzie nie potrafią tam marudzić o tym, jak to się źle zakochali i im smutno, albo się dobrze zakochali i pieją jak jebnięte skowronki? Albo “dmuchnij mi w gwizdek, babo”, co znaczy tyle co “weź mi obciągnij”. Albo “jesteśmy pijani, imprezujemy i chuuuuuuj”. Albo ta popierdolona do reszty piosenka z Facetów w Czerni 3.

I jeszcze o radiu!

Dlaczego w radiu puszczają debilne reklamy jakichś lekarstw na brudną piczę, albo bolącą dupę (w domyśle – hemoroidy)… Może w końcu jakaś reklama pasty na wydłużenie penisa, hę? HĘ? Ale widać (a raczej słychać), że grupą docelową tych reklam są biurkowicze i inne urzędasy. Dupa boli od siedzenia, a picza pali i swędzi z niedomycia. Łot cała filozofia, panie!

Tak, radio musi mi robić czasem za tło dźwiękowe, a specjalnego wyboru niestety nie mam. I tak cierpię, przez pół dnia, albo i dłużej…

HOLY SHIT I’M STILL ALIVE

Ta, wbrew obiegowej opinii nadal oddycham i dostarczam ludziom różnej dawki (także różnej jakości) rozrywki.

Postanowiłem zrezygnować z comiesięcznego zakupu CD-Action. Teraz nauczyłem się znajdować aktualniejsze i ciekawsze informacje nt. gier, więc czasopismo jest mi już raczej zbędne… Będę je kupować raz na jakiś czas, zwłaszcza jak wpadnie im jakiś ciekawy tytuł do grania.

Zjadłem truskawki z bitą śmietaną, zajebiste były. Tak, możecie mi zazdrościć, ewentualnie wciskać “ile to kalorii” i takie tam pierdolenie. Hej – i tak jestem gruby, więc mam to gdzieś. Zakochanie

Ostatnio mam dziwne problemy ze snem. Przewracam się z boku na bok, śnią mi się totalne głupoty (jak na przykład półnaga dziewczyna siedząca na jakimś biurku, a ja obok niej, oboje w jakimś pokoju parterowego pawilonu). Pewnie to wina ostatnio dziwnawej pogody – zimno, wieje, gorąco, praży, deszcz, słońce… Tak w kratkę.

Nadal jestem zajęty, jakby się jacyś ciekawscy znaleźli. Uśmiech z językiem

Ostatnio również naszło mnie na słuchanie Toma Waitsa.

Tom Waits – Clap Hands

Hm, jak widać kiepsko u mnie z jakąkolwiek weną. A żeby cokolwiek napisać, to wręcz muszę się zmusić. Uśmiech z językiem

Mass Effect 3

Tekst ten będzie zawierał duże ilości spoilerów, także nieobeznanych w temacie bądź tych, którzy jeszcze nie grali – lojalnie ostrzegłem.

Gra. Historia. Postaci. Wybór. Te cztery słowa w dużej mierze określają, czym jest trylogia Mass Effect. Trzecia część teoretycznie jest zakończeniem historii Commandera Sheparda (tak, będę operował angielskimi nazwami). Dlaczego “teoretycznie”? O tym wspomnę później. Trzeba od czegoś zacząć…

Trylogie mają to do siebie, że bardzo często zawierają narodziny, życie, a na końcu śmierć bohatera. Przykładem takiej trylogii może być trzyczęściowa historia Neo w Matriksie. Od samego początku byliśmy (fani ME) świadomi tego, że historia Commandera Sheparda będzie podzielona na trzy części. Że Shepard może dokonać niemożliwego i w ostateczności poświęcić siebie samego dla dobra ludzkości.

Każdy fan ME przechodził grę według swojej wizji i przekonań, tworząc idealny obraz Pasterza, który jest w stanie ocalić galaktykę. Dzięki heroicznym wyczynom w pierwszej części udało się nam pokonać Sovereigna, mimo że czasem musieliśmy dokonać ciężkich wyborów. Zwykle starałem się w takich sytuacjach wybierać mniejsze zło. Mój Shepard nigdy nie był do końca Paragonem, ani też Renegatem. Cel uświęca środki i nie zawsze warto być chłopcem o złotym serduszku. Pomógł mi w dużej mierze Garrus Vakarian, który swoim postępowaniem i zachowaniem zachwycił mnie od początku. Mimo że nie może jeść tego samego jedzenia, co ludzie (i na odwrót), to jego chęci działania i powstrzymywania zła (choćby za wszelką cenę) sprawiły, że ten sarkastyczny Turian na stałe zapisał się na kartach historii pt. “Mój ulubiony bro w grze komputerowej”. I myślę, że nie tylko mi on przypadł do gustu.

W drugiej części przeżywamy własną śmierć. Jest to jeden z “ulubionych” zabiegów wykorzystywanych w sequelach do znanych gier, gdzie można rozwijać postać. Zmartwychwstanie albo amnezja. Mogliby się bardziej postarać…

W każdym razie, na początku solidnie obrywamy od statku Collectorów, nasza Normandy rozpada się na kawałki, a nam udaje się uratować większość załogi… Za to nasze szczątki spadają na pobliską planetę, aby w końcu spocząć na wieki… Ale nie. Nie dadzą nam spokoju, trzeba jakoś ciągnąć dalej serię z Shepardem. Na scenę wkracza (świetnie zagrany głosem przez Martina Sheena) Illusive Man. To chyba jeden z najbardziej stylowych i ciekawych czarnych charakterów stworzonych na potrzeby gier komputerowych. Jest chyba chłodniejszy od samego Sheparda, a jego wielkim marzeniem jest ujrzeć, jak rasa ludzka wyrasta na galaktyczną potęgę. Za wszelką cenę, rzecz jasna. Dlatego trzeba wskrzesić Commandera, bo ten bardzo by się przydał Cerberusowi, organizacji którą kieruje Illusive Man. Jako, że jesteśmy martwi, to nią mamy żadnego wpływu na to, co się z nami po śmierci dzieje. Pierwsze przebudzenie po dwóch latach i koszmarnie drogim procesie odbudowy nie należy do najciekawszych. Zostajemy ponownie uśpieni, by za jakiś czas obudzić się, bo pora uciekać z Projektu Lazarus, które jest pod wyjątkowo silnym oblężeniem. Później dowiadujemy się, że ludzie są porywani z kolonii w całej galaktyce przez Collectorów – rasę obcych zindoktrynowanych przez Reaperów. W jakim celu? Tego nie wiadomo. W międzyczasie musimy zdobyć ekipę, która jest chętna udać się na misję samobójczą i zniszczyć bazę Collectorów, która swoją drogą znajduje się w centrum galaktyki. Ale spoko – damy radę. Lub nie. Pod koniec, jeśli uda nam się zebrać odpowiednio silny zespół (w tym m. in. Garrusa i Tali z poprzedniej części), to mamy dość duże szanse, aby przeżyć tą cholerną misję. Jeśli uda nam się ocalić wszystkich, w tam własny tyłek, możemy grać dalej, aby wypełniać pominięte zadania poboczne oraz zaliczyć zakupione DLC. Fajnie.

W tym roku, po wielkich nadziejach, zapowiedziach i oczekiwaniach nadeszła część trzecia.

To miało być wielkie i epickie zakończenie trylogii. Z niesamowitymi zwrotami akcji, wzruszającymi momentami oraz kosmicznym rozmiarami zakończeniem, które mieliśmy zapamiętać do końca życia.

Zaczynamy na Ziemi. Jesteśmy udupieni z powodu, że w DLC do części drugiej – The Arrival – zniszczyliśmy Mass Relay, którego wybuch spowodował zniszczenie systemu planetarnego, zabijając przy tym setki tysięcy Batarianów. Zostaliśmy wyrzuceni ze służby, czekamy na swój proces… A tymczasem Reaperzy już atakują galaktykę i zbliżają się do Ziemi… Zanim nasza rozprawa na dobre się zaczyna, dostajemy informację, że baza na Księżycu zostaje obrócona w pył, a to oznacza…

Za oknem pojawia się Reaper, który swoim “czerwonym promieniem śmierci” dewastuje dziesiątki budynków i morduje setki ludzi. Wojna rozpoczęła się u nas…

Shepard wraz z kapitanem Davidem Andersonem muszą się dostać na pokład odebranej Cerberusowi Normandii, aby uciec z Ziemi i ubłagać Radę Cytadeli, aby ich rasy pomogły Ziemianom bronić swojej planety… Trochę to śmierdzi egoizmem, bo reszta ras też obrywa po dupie i musi się martwić o siebie. Ale to nasz Shepard sprawi, że zjednoczy galaktykę. To nasz Shepard sprawi, że rasy, które są w konfliktach od lat, staną razem, ramię w ramię i skopią dupę syntetycznemu ścierwu, które zbiera żniwa co 50 tysięcy lat. To nasz Shepard stanie sam na sam, twarzą w twarz z jednym z nich i dzięki pomocy sprzymierzeńców walących na całego ze wszystkich luf pokona jednego z Reaperów. W końcu, gdy uda nam się zebrać wystarczającą ilość pomocy z całej galaktyki, ruszamy w stronę Ziemi, w okolice której w między czasie przeniesiona została Cytadela. Ale to nam się udało zbudować broń, która z połączeniu z Cytadelą, będzie w stanie zakończyć żywot Reaperów i sprowadzić spokój na Drogę Mleczną. I wiemy, że nawet jeśli się nam nie uda, to i tak możemy być pewni, że udało się nam dokonać niemożliwego – zjednoczyć wszystkich, całą różnorodność poglądów, moralności, ras i planet w jedność, która jest w stanie zmienić oblicze tego świata na zawsze. I to wszystko dzięki nam…

Dostajemy się na powierzchnię Ziemi, aby stamtąd zostać przeniesionymi na zamkniętą Cytadelę i uruchomić najstraszniejszą – bo nigdy nie sprawdzoną – broń jaką widział wszechświat.

Dziwnym trafem miejsce “promienia przenoszącego” jest w Londynie. Widać Reaperzy lubią operować według czasu GMT.

Przebijamy się przez zrujnowane ulice. Garrus I James i mego boku dzielnie prują do wszystkiego co się rusza i ma zamiar pozbawić nas życia. Shepard się również nie opieprza – jako vanguard szarżuje na przeciwników i częstuje ich ogniem ze swojego shotguna. Akcja, akcja i jeszcze raz akcja. W końcu, po pokonaniu kolejnego Reapera, udaje się nam dotrzeć do łysego pola wiodącego do promienia.

To jest to, pora na ostatni atak, nikt nie odpuszcza, komu się uda dotrzeć do Cytadeli, ma za zadanie odnaleźć miejsce, z którego może odpalić Crucible połączonego z Cytadelą.

Shepard biegnie co sił, ale tuż za promieniem ląduje… nasz główny przeciwnik z części drugiej, którego mieliśmy tylko okazję poznać, przez zindoktrynowane armie mięsa armatniego. Przed państwem sam Harbinger – największy i najstarszy Reaper, jakiegokolwiek mieliśmy okazję widzieć. Pomijam to, że Harbinger jest bardzo zainteresowanym samym Shepardem, jako niezwykle silną jednostką.

Harbinger odpala swój “czerwony promień śmierci”. Giną żołnierze wokół nas… Nam się udaje jakoś uciec przed niechybną śmiercią, biegniemy, unikamy… Kiedy nagle… Promień dopada nas…

Białe światło. Nie żyjemy? Co się z nami dzieje? Koszmarny ból. Hałas ustał. Na naszym ciele trzymają się resztki pancerza. Musieliśmy oberwać naprawdę mocno. Krwawimy z wielu miejsc, ale nic to – nie takie momenty udało się przeżyć… Świat wiruje. Śmierć… Wokół nas setki ciał… Niektórzy umierają pod naszymi stopami… Dla nich ten koszmar się skończył… A przed nami… 20 metrów niesamowicie bolesnego spaceru. Jakimś cudem przeżyliśmy atak i musimy się dostać do białego promienia… Uda nam się… Jeśli się nie wykrwawimy przedwcześnie… Nogi zatopione w ołowiu zmuszamy do poruszania się. Mamy ze sobą tylko pistolet… Po drodze wyskakuje kilku drobnych przeciwników, zapewne po to aby nie zanudzić gracza na śmierć.

Udaje się nam dostać na górę, jesteśmy na Cytadeli. Po chwili Anderson mówi przez radio, że poszedł za Shepardem, a mimo wszystko udaje mu się go wyprzedzić, dzięki czemu to on pojawia się przed konsolą do odpalenia Cytadeli. Dziwnie się porusza… Ktoś nad nim przejął władzę i nie może się poruszyć. Po chwili na scenę wkracza… A jakże by inaczej – sam Illusive Man! Napięcie sięga zenitu, on chce udupić nasz plan!

On chce, abyśmy kontrolowali Reaperów. Tymczasem on nie może kontrolować samego siebie – został zindoktrynowany przez… No właśnie. Strzela sobie w łeb, bo już na niego za późno. W międzyczasie postrzelony w brzuch Anderson pada na podłogę. Shepard resztką sił dopada konsoli i otwiera Cytadelę… To już koniec. Siada obok Andersona, który mówi, że jest dumny z Sheparda… Umiera, albo traci przytomność, tego nie wiemy. Shepard zostaje sam i dostaje komunikat od…admirała Hacketta. Crucible nie odpala… Shepard nie widząc już na oczy próbuje dotrzeć do konsoli i coś wcisnąć… Pada na twarz i…

Trafia do nieba.

Zostaje magicznym sposobem przeniesiony piętro wyżej. Tuż pod samego Crucible. Tam trafia na…

Catalysta. Magicznego bożego chłopca – hologram. Dostajemy informację, że mamy do wyboru trzy opcje!

Możemy przejąć kontrolę nad Reaperami (Illusive Man miał rację!), zniszczyć całe syntetyczne życie w galaktyce (nawet pomimo tego, że Shepard sam po części ma syntetyczne części), albo – ostatecznie – połączyć życie organiczne z syntetycznym i wprowadzić całą galaktykę na nową drogę ewolucji.

Sorry, but – fuck that.

Mój Shepard dzielnie postanowił rozpieprzyć całe syntetyczne życie w galaktyce. Że pokój nie wytrwa? Damy radę. Pierwszy raz od milionów lat nam się uda, więc to my stworzymy historię…

Kilka wybuchów później otrzymujemy – Sheparda ginącego w wybuchu, kosmiczny wybuch w wykonaniu Crucible, przekazanie tejże energii do każdego Mass Relay w galaktyce, przez co one same wybuchają, a następnie Joker próbuje uciec przed czerwonym wybuchem, bez powodzenia. Ląduje na jakiejś zielonej planecie i wychodzi z dwoma członkami naszej załogi. W moim wypadku Tali (którą pokochałem w drugiej części ME) oraz Javik. Jeszcze tylko krótki urywek, jak leżący gdzieś w gruzach Shepard łapie oddech… To w końcu umarł, czy nie?

Napisy końcowe. “Epilog” w postaci dziadka z głosem Buzza Aldrina i jego wnuka, pytającego o więcej opowieści na temat Sheparda. Następnie komunikat o tym, że możemy powiększać legendę Sheparda przez zakup DLC lub grać od nowa.

FIN.

I wiecie co? Przez dwa dni byłem struty tym zakończeniem. Najbardziej nielogicznym, pełnym błędów i dziur zakończeniem jakie chyba miałem okazję spotkać w całym swoi życiu. Dobrze wiecie, że uwielbiam się angażować emocjonalnie w dobrze napisane historie. Historia trylogii Mass Effect wciągnęła mnie bez reszty od samego początku. Jest to niesamowita opowieść, z genialnie pokazanymi postaciami i momentami, które na dłuuuugo zapadną mi w pamięć – na przykład scena jak Shepard i Garrus robią wypad na pewne miejsce w Cytadeli, na które nie można się dostać z powodu 137 regulacji i przepisów. Kogo to obchodzi, kiedy trwa wojna, trzeba jakoś odreagować… A pewien moment z Tali tak mi złamał serce, że musiałem wczytać ponownie grę, grając misję od nowa, bo nie mogłem wytrzymać z powodu… No, domyślcie się.

Bioware obiecało nam, że nie dostaniemy zakończenia w stylu wyboru między A, B i C… A tak właśnie się stało. I jedyną różnicą między nimi są właściwie kolory wybuchów.

Fani na całym Świecie są oburzeni postępowaniem BW. Zostaliśmy zwyczajnie przez nich naciągnięci i okłamani, bo oczekiwaliśmy zakończeń zdecydowanie różnych, zależnych od tego jakie decyzje podjęliśmy przez TRZY gry. Pod koniec cały wysiłek włożony w postępowanie według naszego sumienia, poznawanie wszystkich postaci i zaznajamianie się z całym światem Mass Effecta zwyczajnie poszło w piach, bo niezależnie od tego co zrobiliśmy i tak do wyboru dostaniemy te same, niemal identyczne zakończenia.

Internet w ciągu tygodnia od wydania Mass Effecta 3 wręcz się zagotował, nie powiem – mnie też to poruszyło, bo oczekiwałem czegoś więcej, jakiegoś wyjaśnienia o co chodzi, a nie pozostawienia większej ilości pytań.

Skoro wszystkie Mass Relays trafił szlag, to co będzie z całą galaktyczną siłą skupioną wokół Ziemi? Jak wrócą na swoje planety macierzyste? Czy nie pozdychają z głodu?

To naprawdę małe pytania, przy niektórych większych dziurach w historii w trzeciej części.

Teraz ludzie oczekują – i mają prawo – żeby Bioware to wszystko naprawili. Dostaliśmy niedokończony produkt. Albo specjalnie zubożony, aby wytworzyć większe zamieszanie (na temat reakcji fanów na zakończenia wypowiadał się między innymi Forbes albo CNN lub BBC) a potem upchnąć prawdziwe zakończenie jako DLC za jakieś 10 euro. A Bioware chowa łeb w piasek udając, że nic się nie stało, tak miało być, zakończenie miało wywołać pełno spekulacji. Fanów trafił szlag. Nie chcemy spekulacji. Chcemy odpowiedzi. Nie chodzi o to, że chcemy DOBRE ZAKOŃCZENIE. Nie, my chcemy wyjaśnienia, nawet jeśli całą galaktykę ma trafić szlag. Chcemy faktycznie różnych szesnastu zakończeń. A nie zakończeń polegających na wybraniu koloru wybuchu. Chcemy zakończeń, które są różne ze względu na wybory podejmowane czasem i przez setkę godzin.

Na początku wspomniałem o Matriksie. Ludzie wieszali psy na autorach, że zakończyli trzecią część nie odpowiadając na podstawowe pytania (co się stanie z ludźmi, którzy przeżyli w Zionie itp).

To samo zdarzyło się w Mass Effect 3. Bioware dało dupy na całej linii i za to zostanie zapamiętane. Nie za to jak wspaniałą ta trylogia była. Tylko za to, że zakończyli ją w najbardziej prymitywny i nieprzemyślany sposób.

Tak BTW to nie podoba mi się reakcja branżowych stron na temat gier. Oni nam mówią, że źle odbieramy zakończenie. Że nie MAMY PRAWA, aby się oburzać z powodu zakończenia, bo według nich (tzn. żurnalistów) jest wspaniałe i w ogóle gra zasługuje na 11/10. Faktycznie, zasługuje na 10/10, ale ostatnie 15 minut rujnuje całość w okrutny sposób, robiąc z graczy idiotów. Jakim kurwa prawem pismaki mają prawo nam mówić, co mamy czuć? Czy właśnie nie tak działa kapitalizm? Skoro się nam coś nie podoba i żądamy zmian, to twórca danego produktu powinien się dostosować? Powinien. Ale nie w branży gier, gdzie dla wydawców liczą się dobre oceny w wykupionych czasopismach, na stronach zliczających średnie gier (minimum 90%, minimum!), sprzedaż z dnia pierwszego i potężna kampania reklamowa. Później ludzie mogą sobie narzekać, ale to że zarobili grubą kasę, liczy się najbardziej. A że ludzie potem będą BŁAGAĆ o DLC z lepszym zakończeniem? No to chyba spełnił się mokry sen jakiegoś marketingowca, musiał dostać niezłą premię za ten pomysł.

To nie jest fair wobec nas. Wobec graczy.

Co to za przemysł, który celowo zubaża swój produkt, aby osiągnąć lepszy zysk? To smutne w jakim kierunku zmierza branża gier… Od dawna mówiono, że DLC to problem dla konsumentów. Ale my też jesteśmy idiotami. Zgadzamy się na takie praktyki, a potem otrzymujemy gorszy produkt pierwszego dnia, do którego można od razu zakupić pakiet DLC za 10 euro… Mimo, że za grę zapłaciliśmy już spore pieniądze…

To smutne…