Wiecie co? Ostatnio chodzi mi po głowie pomysł na zrobienie krótkiego filmu krótkometrażowego (wiem, mały w tym sens). Coś na zasadzie reenactmentu, ale jakby nie do końca. Czaicie?
Nie. Normalka. Nikt nie nadąża za moim tokiem myślenia, no może za wyjątkiem Pani D.
Zatem chciałbym odegrać kilka scen grając parę (dwie? trzy?) osób. I potem to zmontować w jedną całość. Wrzucić na YT.
Fabuła? Niekoniecznie zdarcie scen z jakiegoś filmu, ale wymyślenie czegoś własnego.
Nie wiem ile mi to zajmie, bo trzeba wymyślić “ambitny” scenariusz.
Jakby co – wszelkie aktualizacje odnośnie “produkcji” wrzucę na Twittera. Obserwujcie pasek po prawej.
Im dłużej z Nią jestem, tym bardziej uświadamiam sobie, jakim jestem szczęściarzem.
Niby z jednej strony jak człowiek jest sam, to się nie musi martwić, co z tą drugą osobą. Zajmuję się sobą, ot egoistyczna świnia ze mnie. Ale…
Jak już się z kimś jest, i to chwilę (no, dla małżeństwa z 40-letnim stażem jakieś pół roku to tyle co nic), to z pewnością ma się okazję tę osobę znacznie lepiej poznać. W końcu ile było zajebiście ultra zakochanych w sobie par, które kończyły po trzech miesiącach? [pytanie czysto retoryczne] A wcześniej chodzili ze sobą za rączkę, za dupę się trzymali, całowali się przy wszystkich, okazując “jacy to oni zakochani”. O kopulowaniu nie wspominając.
Z nami było – jest – ciut inaczej. Poznajemy siebie powoli, starannie, dzięki czemu mamy mniejsze szanse na nieprzyjemne momenty. A to za sobą ciągnie mniejszą szansę na kłótnię. Choć co prawda do kłótni z pewnością dojdzie. Nie ma żadnej pary, która w życiu się nie pokłóciła. Tego bardzo się obawiam, ale na razie o tym nie myślę. Mam tylko nadzieję, że mimo wszystko uda nam się wtedy jakoś wyjść z tej sytuacji kryzysowej.
Możecie się ze mnie śmiać, że nie staram się jak najszybciej “dobrać” do Niej. Proszę was bardzo. Mam was głęboko w dupie. Pozdrówcie tasiemca ode mnie. Będziecie mieli przesrane.
Jestem jej wdzięczny, za to, że chce ze mną być, mimo moich wad.
Jest najwspanialszą rzeczą osobą, jaka mi się w życiu “przytrafiła”.
Pisanie. Niby sprawa prosta. Niby. Jak się ktoś nauczy pisać, to nie problem. Ale nie należy też mylić pojęć “umieć pisać” z “umieć pisać”.
To, że ktoś potrafi pisać, czyli przelewać swoje myśli na papier lub coś mniej fizycznego (dajmy na to pisanie tekstu na kompie), to nie znaczy, że powinien mieć do tego prawo. Ludzie powinni otrzymywać zezwolenie na pisanie tylko wtedy, jeśli zdadzą długotrwałe testy sprawdzające ich sposób “wypowiadania się na piśmie”, łącznie z ortografią. Dopiero wtedy, jak udowodnią, że mają nieco oleju we łbie, otrzymują certyfikat zezwalający na pisanie. I świat od razu byłby piękniejszy.
Co mnie natchnęło do napisania tego wpisu? Moja praca w gazecie, ot co. Udowadnia mi to, że mimo wszystko jest to robota ciężka i żmudna. I proszę kurwa uprzejmie mi nie wciskać kitu, że ciężej ma robotnik, który wnosi worki z cementem na dziesiąte piętro budynku, bez windy.