15

Zauważyłem ostatnio, że każdy nowy wpis pojawia się u mnie mniej więcej w połowie każdego miesiąca. Czemu akurat tak? Nie mam pojęcia. Widać z moją weną do pisania jest coraz gorzej. Uśmiech z językiem Jakoś nie jest mi łatwo znaleźć temat, na który mogę coś napisać. Choć szczerze mówiąc jakoś nie mam ochoty na kolejne samobiczowanie się, czy coś.

Mamy początek roku. Zimę niemal od miesiąca, a dopiero wczoraj sypnęło porządniej, a temperatura jest na tyle niska, że śnieg w końcu może się utrzymać na ziemi dłużej niż dziesięć minut. Fajnie, bo jest go niewiele, ot tak łagodnie. Taka zima mi pasuje.

Zastanawia mnie, czemu ludzie jak gdzieś jadą, to zawsze biorą ze sobą mandarynki. Ostatnio jak jechałem do Krakowa pociągiem, to ktoś niedaleko mnie miał mandarynki. Nie trzeba tego widzieć, bo to od razu czuć. Ten słodki, trochę drażniący zapach. Ale nadal nie rozumiem, czemu akurat mandarynki. A nie banany. Albo winogrona. Bo co, bo są małe i łatwo je transportować, a do tego są zdrowe? No w porządku, ale czemu po ich zjedzeniu zawsze zostaje pełno skórek (które zawsze są w małych kawałkach jak puzzle, nigdy nie odchodzą w większych częściach), ręce nimi śmierdzą, że nie wspomnę o roztaczającym się wszędzie zapachu. Jakoś tak… Bez sensu. Uśmiech z językiem

Tak BTW – w Krakowie, w galerii która jest tuż przy głównym dworcu, mają zajebiste kebaby. Polecam z całego serca.

Zdałem sobie sprawę jak bardzo nie znoszę kotów. Fajnie jest mieć na nie uczulenie, a przy okazji zapomnieć lekarstw, które pomagają przy mojej zajebanej alergii na każde pyłkowe gówno. Widać lubię doświadczać różnych sytuacji w życiu, aby wiedzieć, co faktycznie jest nie tak. Idiotyczne, wiem.

Ostatnio zaoferowano mi “współpracę”, polegającą na tym, że pisałbym teksty na pewną stronę (bo wiecie, czasami uda mi się wysmażyć jakiś fajny tekst, ale tylko wtedy jak mam wenę), poruszając różne tematy, jednocześnie skłaniając “publiczność” to interakcji i wypowiedzenia się na forum. Jak dla mnie to to jest idiotyczny pomysł. Nie mam zamiaru zarabiać na swoich tekstach (pisania do gazety, lata temu, nie wspomnę), a pisanie charytatywnie i marnowanie mojego niewątpliwego talentu byłoby dla mnie mało interesujące. Poza tym nazwa tej strony (nie, nie podam adresu, odpuszczę im) bardzo mi nie odpowiada i mam przeczucie, że jak to ruszy z kopyta, to będzie miało cholernie małą widownię, do tego pełno trolli. Bo przecież w Internecie każdy (a zwłaszcza Polak) ma swoje własne zdanie i za chuja wafla nie odpuści, choćby miał się zesrać dwukilogramowym klockiem na własne krzesło. Bądź klawiaturę.

A propos trolli – zauważyliście, że nie można już niemal na nic w Internecie normalnie odpisać, nawet lekko krytykując czyjąś głupotę? Nie da się, bo momentalnie ten ktoś napisze, że cię strollował i co mu zrobię… Przecież to jest idiotyczne. Jaki w tym ludzie mają cel? Bo nie potrafią się dogadać w normalnym życiu, to dosrają innym, żeby samemu zrobić sobie dobrze nad swoją (wątpliwą) genialnością? Wiem, to jest “dla jaj”,  “for lulz”. Nie, żebym sam się tym irytował, bo staram się unikać takich sytuacji, ale czasami naprawdę poddaję w wątpliwość siłę i rozwój cywilizacyjny ludzkości. Za jakieś 50, może więcej lat, Internet nie będzie już tak łaskawie “anonimowy” jak jest obecnie. Wszędzie tam, gdzie jest chaos, zostanie prędzej czy później zaprowadzony porządek. Internet, obecnie, jest właśnie takim chaotycznym zbiorem “anonimowych” ludzi, którzy myślą że mogą wszystko, bo nikt nie wie kim się tak naprawdę jest… Robiąc głupoty, sami sobie zaciskamy pętlę na szyję… Rozumiem wolność wypowiedzi, tak. Tego nie wolno zabronić ludziom pod żadnym względem. Każda, nawet najbardziej pojebana i idiotyczna opinia może zostać wygłoszona przez ludzi. Ale trzeba włożyć dużo pracy w to, aby robić to kulturalnie i z szacunkiem do drugiej osoby. To, że ktoś lubi barszcz czerwony (którego osobiście nie lubię), nie znaczy że ta osoba jest od razu kimś gorszym. Po prostu… Jak się chcesz wypowiedzieć, to rób to z głową. Albo się zamknij i trochę pomyśl nad tym, co chcesz przekazać.

Erased.

Ostatnio oglądałem film “Zakochany bez pamięci”. Albo “Eternal Sunshine of The Spotless Mind”.

Muszę przyznać, że to całkiem zacny film. Jim Carrey zagrał swoją rolę bardzo dobrze, Kate Winslet zresztą też.Na necie czytałem, że ten film docenią raczej ci, którzy byli zakochani. Coś w tym jest, bo mi się bardzo spodobał. Uśmiech z językiem Aczkolwiek czasem zazdroszczę głównemu bohaterowi możliwości wymazania niechcianych wspomnień przez noc. Czasem by się tak chciało, człowiek by się lepiej czuł… Ale może to czasem też lepiej pamiętać. Znać swoje błędy i wyciągać wnioski. Takie tam pierdoły. Mimo teoretycznie chaotycznego przekazu wszystkiego można się domyślić zanim minie połowa filmu, albo i wcześniej. Mimo to wessało mnie do końca.

Poznawanie ludzi

Poznawanie ludzi to strasznie nudne zajęcie. Wiem, że na świecie jest ich pełno i różnią się na wiele sposobów. Chodzi mi o poznawanie nowych osób, pierwsze rozmowy z nimi i wymiana zdań / doświadczeń. Nudne i mało ekscytujące jest mówienie kolejnej osobie o sobie tych samych rzeczy, które się nam przytrafiły w życiu. Owszem, nasz rozmówca miał inne doświadczenia w życiu i może nam opowiadać o sobie, co robił, gdzie był, w jakiej pozycji lubi spać.

Tak samo jest z poznawaniem kolejnej kandydatki na dziewczynę. Wciąż trzeba ubierać ten sam garnitur kłamstw i wpychać je jej, aby to kolejna dostrzegła w nas kogoś wyjątkowego. No, chyba że zależy nam tylko na seksie, to nie ma co się wysilać. Ale jeśli już na kimś zacznie nam zależeć, to ponownie otwiera się te same mocno już zużyte księgi i czyta się z nich po raz nie wiadomo który. Najlepsze jest to, że po każdym związku dopisujemy kolejne strony, którymi możemy (bądź nie) podzielić się z kolejną kandydatką. To jest takie nudne… Wykształcenie, cele, jaka rodzina, ile razy się z kimś spało i takie tam… W kółko to samo, zmieniają się tylko liczby. Czasem się tylko doklei żółte kartki z dodatkowymi informacjami, aby te dane inaczej przetrawić. Same kopie, nic ciekawego…

Capital G

Czyli o tym, co ostatnio porabiam. Wbrew pozorom nadal żyję i zabieram innym cenne powietrze.

Zaliczyłem Wiedźmina 2 po raz drugi. Z okazji, że wyszła wersja 2.0. Ogólnie to czuć było te usprawnienia, chociaż wciąż grało mi się lepiej padem niż połączeniem klawiatury i myszki. Poszedłem ścieżką Iorwetha i powiem wam, że spodobała mi się bardziej niż ścieżka Roche’a. Może dlatego, że zwiedzamy okolice Vergen, które są dość ciekawe i moim zdaniem bardziej urozmaicone od obozu Kaedweńczyków. Ot takie moje subiektywne wrażenia.

Zamiast trzech mam cztery gigabajty pamięci RAM. Niewiele więcej, a ogólnie nadal mało, ale zauważalna poprawa jest. Zwłaszcza w GTA 4. Co dziwne, miałem GTA na innej partycji niż systemowej, z czym wiązały się problemy. Nieustannie gra nie dawała rady doczytywać tekstur. Myślałem, że to właśnie wina zbyt małej ilości pamięci. Ale nie. Postanowiłem przenieść grę na dysk C. I co się okazało? Otóż gra teraz bez problemu doczytuje tekstury, chodzi płynniej i na wyżej ustawionych detalach. Czy to wina dysku, że nie dawał rady doczytać danych? A może gra zbyt mocno korzysta z pliku wymiany i nie nadąża przez to czytać danych z dwóch partycji naraz? Cholera wie. Nie znam się aż tak na tym.

Dead Island. Nie przeszedłem za wiele, pogrywam w zasadzie od czasu do czasu. Gra ma bardzo dobry klimat i naprawdę nieźle dopracowaną grafikę, zwłaszcza jeśli chodzi o robienie rzeźni z zombie. Łamanie kończyn, odcinanie ich, miażdżenie czasek, tryskająca wokół krew… Miód dla oczu. Puszczam oczko Ciekawe zwłaszcza wyglądają złamane kończyny, zwyczajnie sobie zwisając. Dziwi mnie tylko, czemu zombiaki zdychają po odcięciu nogi, a jak się im odrąbie obie ręce to atakują zębami… No i całkiem niezła muzyka.

Władca Pierścieni. Oglądałem na YT mający w sumie ponad 300-minutowe materiały zza kulis produkcji tych filmów. Przyznać muszę, że to zwiększyło mój szacunek do całej ekipy biorącej udział w tym przedsięwzięciu. No i przez to mnie naszło na obejrzenie całej trylogii w wersji totalnie rozszerzonej (każdy film ma grubo ponad 3 godziny). W HD. Uśmiech z językiem Warto było. Oglądałem to z jakąś taką przyjemnością, a niektóre zdjęcia z lotu ptaka były wręcz niesamowite. Tak to jest jak się człowiek starzeje, to zaczyna inaczej patrzeć na stare śmieci.

Do tego wiele innych filmów…

A także kupa pomysłów na stworzenie własnej gry. Ale jak powszechnie wiadomo, nienawidzę wręcz programowania, a to zawęża moje pole do popisu. Dlatego próbuję sowich sił w różnych “grorobach”. Z marnym skutkiem. Jest kilka silników do stworzenia przygodówek, pełno do RPG 2D w bardzo japońskim stylu (w tym także MMO), ale nigdy nie ma tego czego bym chciał… Najlepiej by było zrobić coś samemu, ale… No właśnie. I tak to zatacza koło.

Mamy jesień w pełni. Aktualnie mamy piękną (no, ciężko stwierdzić, noc jest) pogodę, ale za to zimno jak kurwi syn. Temperatury bliskie zeru każdej nocy. Nie za fajnie.

Muzycznie… Muzycznie generalnie brak wielkich zmian. Słucham coraz więcej Bucketheada, do tego niemal cała dyskografia Tool, nowy album Dir en Grey oraz Sybreed. Jest nieźle.

Sercowo… Jakoś to leci. Szeroki uśmiech Jak to u mnie. Puszczam oczko

Do tego miałem pojebany sen dzisiaj. Byłem gdzieś na działce, na której remontowany był jakiś budynek, a wokół tej działki jakiś las świerkowy. Było ładnie, to chyba lato było. Na strychu tego budynku było duszno i przez szczeliny w dachu przebijały się promienie słoneczne, przez co było widać poruszający się w ciężkim powietrzu pył, czy inny kurz. Biegam po tej działce, pełnej trawy. W pewnym momencie zrywa się burza. Widzę jak POWOLI do ziemi schodzi piorun, jakby filmowany w slo-mo i uderza w ziemie. Było to strasznie głośne, jakby coś głośnego naprawdę jebło obok mnie, a ja spałem dalej. Wsadziłem palce wskazujące w uszy, aby zagłuszyć ewentualne późniejsze hałasy. Chodziłem tak chwilę i się obudziłem. Ani jakiś przerażony ani nic. Zdziwiony może, dlaczego coś takiego mnie nie obudziło. W końcu to było naprawdę głośne uderzenie, aż mi dzwoniło w uszach.

Wcześniej to mi się śniła jakaś młoda dziewczyna, z którą szałem w łóżku. Puszczam oczko Twarzy nie pamiętam, ale chyba ruda była… Szczupła, i miała mały biust. Realistyczne jak jasna cholera. Skąd, jak dlaczego? Chcę więcej. Szeroki uśmiech Ale moja podświadomość wredna jest i więcej mnie tym już nie uraczy. Uśmiech z językiem

Jak ostatnio widać mam problemy z weną. Bloga nie zamknę, nie ma mowy. Szeroki uśmiech Ale kurde ciężko jest tak pisać o niczym. Uśmiech z językiem A nie chcę też czytelników zanudzać pierdołami na swój temat. Muszę zacząć więcej myśleć. Koniecznie.

A tytuł to tytuł utworu by Nine Inch Nails.

AND I’LL KEEP LYING, I PROMISE

Wielu o tym pewnie pisało, a i wielu będzie o tym pisać… W końcu każdy jest taki wyjątkowy, że na to wpadnie sam, whatever…

Ludzie mając profile na różnych portalach społecznościowych często pisze, że nienawidzi kłamstwa. Co racja to racja, kłamstwo jest mało lubianą przez nas rzeczą, ale… Czy tego w zasadzie nie chcemy? Piszą jeszcze, że ponad wszystko cenią szczerość. Jasne… Problem polega na tym, że jak już jesteśmy szczerzy to szczerą szczerością i prawdziwą prawdą z jasnymi intencjami wyrządzimy większą krzywdę niż byśmy skłamali w żywe oczy.

Dlaczego tak jest, że oszukujemy siebie samych (a okłamywanie samego siebie to jest już gruba przesada, choć to i tak zależy od sytuacji)? Abyśmy się czuli lepiej? Nie chcemy i nie lubimy dostrzegać własnych wad i ułomności? Czy ktoś kto ma twarz nienależącą do ładnych (ani przeciętnych, nawet) obrazi się na nas jak mu powiemy: ej stary, masz gębę jakby ci na nią nasrało stado chomików? Zapewne się obrazą ci, co myślą, że wyglądają lepiej niż jest w istocie.

NIENAWIDZĘ KŁAMSTWA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!111 Może tak kłamstwa nienawidzą ludzie, który sami najwięcej wciskają kitu? Wiedzą, jaką ma to destrukcyjną moc i nie chcą być nią samemu obdarowanymi. Sam nie wiem, tak pierdolę bez sensu, bo mnie tak zwyczajnie naszło.

Czy budując nasz Świat na kłamstwie, sprawiamy że ten Świat jest lepszy? Może chcemy widzieć wszystko lepiej niż jest w istocie…

Facet nie może przecież kobiecie powiedzieć wprost, że ma niesymetryczne piersi, albo że ma wąs pod nosem. Bo by się śmiertelnie na nas obraziła. A sama wymaga szczerości i tego, aby jej nie kłamać… Gdzie tu logika? Gdzie tu sens? Cholera, chyba znowu wychodzi na to, jakie to baby są czasem popierdolone do reszty.

Tak, mi możecie mówić wprost, jaki jestem. Wiem jaki jestem, nie czuję się z tym źle. Za to inni mogliby trochę samemu zacząć myśleć. Tak dla odmiany.

B-day, again

Zostałem “zmuszony” przez przyjaciela do napisania wpisu urodzinowego.

Pewnie niektórzy “stali bywalcy” zauważyli, że co roku wałkuję ten temat, w kółko i kółko i kółko…

No bo po co, nie? Taki cykl życia. Stare komórki obumierają, nowe się wytwarzają (w miarę możliwości organizmu). Przestałem obchodzić urodziny dawno temu. Bo po co. Inna sprawa, że mały dobór znajomych uniemożliwia mi “imprezowanie”, ale dobrze wiecie, że imprezować nie cierpię. Co innego kameralnie, w gronie doborowego towarzystwa. Ale takie sytuacje także trafiają się rzadko. Sami wiecie, trudny ze mnie człowiek. Miewam wahania nastroju, niewiele mi trzeba do jego zmiany. Wiem wiem, odludek ze mnie i mam kiepsko rozwinięte sposoby interakcji międzyludzkiej. To się chyba introwertyzm nazywa. Introwertycy nie są zamknięci w sobie, nie. Po prostu nie pierdolą bez sensu jak inni, tylko się odzywają w miarę potrzeby. Też się staram tak robić, ale jak się już otworzę to pieprzę ile wlezie. No co, nie przyznacie mi racji? Przecież mnie znacie (choćby słabo, ale jednak) i dobrze wiecie, że potrafię napierdalać jadaczką bez powodu i bez sensu.

Dzięki za wszystkie życzenia. Spotkamy się ponownie, za rok… Chyba że ktoś mnie przez ten czas na tyle znienawidzi, że nie będzie chciał mnie więcej znać. Takie osoby też znam, za co je przepraszam. Jestem trudnym i leniwym człowiekiem. Czasami mi zbyt wygodnie nie czepiać się pewnych sytuacji. W końcu każdy jest egoistą…

Ale mimo wszystko, dzięki że ze mną wytrzymujecie.

Deus Ex: Human Revolution

To będą takie moje wrażenia spisane z gry. Może zawierać spoilery.

Od samego początku byłem zachwycony stylem graficznym. Połączenie złota i czerni wraz ze stylizacją świata (architektura, wystrój wnętrz czy ulic, które nie są całkowicie sterylne) urzekło mnie momentalnie. Tyle że można się przyczepić do grafiki jako takiej. Mimo że DXHR wykorzystuje DirectX 11 wraz z tesselacją i bardziej zaawansowanymi sposobami wygładzania krawędzi, to widać że silnik nie jest pierwszej daty. Kotaku potrafiło wciskać ludziom, że DXHR jest Crysisem obecnej generacji… Chyba na rozum poupadali. Mówiąc krótko – grafika w nowym Deus Eksie jest taka jak w Portalu 2. Dobra, świetnie wystylizowana, ale nic więcej.

Dźwięk jest w porządku, odgłosy otoczenia tworzą bardzo przekonującą otoczkę dla miast (i nie tylko) w niedalekiej przyszłości. Muzyka jest na bardzo wysokim poziomie, takie klawiszowe sci-fi podobne do chociażby do pierwszego Mass Effecta, aczkolwiek znacznie unowocześnione (wstawki orkiestralne i takie tam). Za to w różnych lokacjach można się natknąć na małe radyjka, w których przeważnie lecą audycje radiowe, gdzie dyskutuje się na świeże tematy ze świata. Czasami jednak wprawne ucho wychwyci i takie, z których można usłyszeć muzykę z pierwszego Deus Exa. Bardzo miła niespodzianka. Rozmowy między postaciami są nagrane z wysoką starannością. Z początku nie mogłem przywyknąć do tego suchego i bezemocjonalnego głosu Jensena. Ale okazuje się, że jest on nad wyraz oryginalny spośród wielu innych głosów w grach i na długo pozostanie w mojej pamięci. Za to miałem wrażenie, że parę razy słyszałem przełożonego Sama Fishera (aktor od głosu, znaczy).

Śmieszy mnie trochę narzekanie innych graczy na to, że zrobili sobie postać w stylu ninja-hackera, ale walki z bossami są stricte zwykłym staro szkolnym pakowałem ołowiu, aż delikwent zemrze na nim spowodowane silne zatrucie. Trochę muszę im przyznać rację, że to było lekko nie fair wobec graczy. Ale… Problem w tym, że podczas tychże walk (których jest kilka, z czego ostatnia jest chyba najłatwiejsza) w różnych miejscach lokacji porozrzucane są bronie i inne przedmioty pozwalające rozdawać śmierć z każdym wystrzelonym pociskiem. Myślę, że są zbyt leniwi, albo durni. Fakt – sam ginąłem kilka razy, co się kończyło wczytaniem gry, ale to była moja wina. Wolałem pruć z czego się da jak najwięcej i jak najszybciej we wroga. A tu, panie, trzeba się chować przed pociskami i uważać. Myśleć trochę więcej niż w innych FPS-ach. No i te walki z bossami – przypomniały stare czasy, gdy trzeba było pakować ołów aż do usranej śmierci (bossa, nie mojej, zazwyczaj). Aż mi się naprawdę miło zrobiło, że dostawałem w dupę. Jakkolwiek by to brzmiało. Uśmiech z językiem

Na rockpapershotgun.com jeden redaktor pisał, że gra tak aby wszystko znaleźć, odszukać, zaliczyć, odblokować. Coś w tym jest, bo i mi za bardzo się nie chciało czytać wszystkiego (a starałem się w miarę możliwości jak najwięcej). Kody do zamkniętych drzwi można znaleźć na kieszonkowych sekretarkach zazwyczaj znajdujących się gdzieś w pobliżu (albo gdzieś w szufladzie, na biurku, albo w stygnącym jeszcze ciele), także czytając maile w komputerach… Można też się naturalnie włamać. Hackowanie to mini gierka polegająca na przejmowaniu kolejnych węzłów, podczas którego to przejmowania możemy zostać wykryci przez główny serwer. Wtedy mamy niewiele czasu, aby zdobyć główny węzeł (lub kilka), aby coś otworzyć/odblokować. Aby nie było za trudno otrzymujemy dwa wirusy – Nuke i Stop! Nuke umożliwia przejęcie węzła “po cichu”, a Stop! zatrzymuje proces wyszukiwania naszego głównego węzła (od którego zaczynamy) na kilka sekund, dając nam chwilę na odetchnięcie. Miłe, dość wymagające.

Gra ma tą zaletę, że można samemu sobie “dopasować” niejako poziom trudności. Bazowo są one trzy. Ale jak ktoś chce, może sobie włączyć “ułatwiacze” w stylu punktu na HUDzie wskazującym położenie celów, podświetlania złotą otoczką przedmiotów które można użyć/otworzyć/podnieść/itp. Aczkolwiek nie wszystkie… Nawet celownik można sobie wyłączyć. I przypadkowo sobie go wyłączyłem na początku pierwszej rozgrywki i myślałem, że tak domyślnie jest… Nie powiem, czasami trudno było strzelać zza ściany, ale było całkiem ciekawie. Warto dokleić do broni celownik laserowy.

Jeśli chodzi o wszczepy i ich rozwój to mamy je wszystkie już w ciele. Ale problem w tym, że nie mamy ich wszystkich aktywnych, bo od operacji minął za krótki czas. Ale same się odblokują za jakiś czas… Jako wybawiciele Świata nie mamy na to czasu, więc te nowe możliwości możemy odblokować zbierając doświadczenie, które po odpowiedniej jego ilości przyznaje nam dodatkowe oprogramowanie/punkt Praxis. Za ich pomocą odblokowujemy bądź ulepszamy swoje wszczepy. Polecam na początku zainwestować w ochronę skóry przed wyładowaniami EMP i elektrycznością oraz zainwestowanie w płuca, aby się nie udusić od gazów bojowych. To się naprawdę przyda w późniejszej rozgrywce. Także moduł socjalny, odpowiedzialny na odpowiednie dopasowanie własnej wypowiedzi do naszego rozmówcy. Resztę wedle uznania, choć sam zainwestowałem dalej w powiększenie ekwipunku na full, możliwość noszenia ciężkich rzeczy (bardzo często się przydaje!), możliwość hackowania dla wszystkich poziomów zabezpieczeń (także roboty i wieżyczki). W zasadzie tyle wystarczy do komfortowej rozgrywki. Praxis można też kupować w klinikach LIMB za grubą i ciężko zdobytą kasę.

Niewidzialność moim zdaniem mało przydatna jest. Zżera dużo energii (zatem trzeba dodatkowo inwestować w baterie oraz ich zdolność regeneracji, a to wiadomo – kosztuje). Możliwość ochrony przed upadkiem też bardzo często ratuje życie (Adam nie potrafi zeskoczyć z wysokości większej niż 3 metry, inaczej się zabije). Możliwość chodzenia po cichu można zastąpić łażeniem na kucaka, co się przydaje do ukrywania się przed przeciwnikami. Lokacje są tak zbudowane, aby można było spokojnie przejść niezauważonym klejąc się od skrzynki do skrzynki do pudła do ściany itd… Wymagane nieco więcej cierpliwości. Wykańczanie paralizatorem, strzałkami usypiającymi, czy też wręcz daje niewiele więcej punktów XP. Headshoty tak samo. Puszczam oczko

Podczas gry stajemy przed wieloma wyborami. Przykład:

Wzięto zakładnika. Musimy go uwolnić, i nie dać uciec przestępcy. Co zrobić?

  1. Przegadać porywacza, aż ten ucieknie i zostawi zakładnika.
  2. Od razu powiedzieć, że to koniec, a ten podniesie broń i zabije zakładnika, a potem my musimy się tłumaczyć z dwóch trupów.
  3. Powiedzieć mu, że to koniec, ale spróbować zastrzelić porywacza zanim ten zdąży podnieść broń i zabić zakładnika.

To tylko taki drobny przykład. Wyborów w grze jest więcej i większej wagi. Choć i tak jakoś specjalnie się tego nie czuje. Do tego dochodzą prerenderowane cutscenki, w których tylko obserwujemy, a nie możemy nic zrobić. To frustruje, zwłaszcza wiedząc, że często decydujemy jaki będzie nasz następny krok. Ale da się przeżyć.

Nie wspomniałem nic o fabule. To fakt. Jest ona bardzo dobra i bez dwóch zdań dobrze dopracowana. Pierwszą rozgrywkę można skończyć w jakieś 25 godzin. Jest kilka zakończeń, ale popełniając błędy można nie mieć dostępu do kilku z nich.

Uwielbiam pierwszego Deus Exa. Za ten klimat i kanciastość silnika Unreal. Jednak mimo to gra była rozbudowana i zapadała na długo w pamięć. Jej trzecia część, opowiadająca historię przed pierwszym DX staje na niemal równie wysokim poziomie. Choć czasem są zgrzyty (jak w każdej grze) to przyjemność z grania jest znacznie większa niż frustracja spowodowana błędami. Z czystym sumieniem wystawiam grze ocenę 10/10. I to chyba tyle.

PS. Tak, jest nawet boisko do koszykówki. Puszczam oczko

Świadomość

Ostatnio wpadłem na pewną stronę, której nazwy i adresu sobie w tej chwili przypomnieć nie mogę. W każdym razie na stronie tej jest, hm… Program/sztuczna inteligencja rozwijana od bodajże dwudziestu lat? I na tej stronie można “rozmawiać” z tym AI. Nawet na dole jest napisana informacja dla rodziców, że choć wrażenie może być mocno łudzące do tego, że rozmawia się z człowiekiem, to tak faktycznie nie jest. Żeby zidiociałe dzieci się za bardzo nie wciągnęły.

Postanowiłem poświęcić chwilę i sprawdzić jak bardzo mądra jest ta AI.

I przyznać muszę, że po wielu milionach przeprowadzonych konwersacji (bo ta AI uczy się na podstawie rozmów z ludźmi), ta AI sprawuje się całkiem nieźle. Choć w paru momentach są zgrzyty. To raczej zrozumiałe, idealna AI w końcu nie istnieje (póki co…).

Rozmawialiśmy na dziwne tematy. Nawet się mnie pytała, kto jest basistą Muse. Dziwne, bo w ogóle o to nie pytałem, znaczy nie poruszałem tematu muzyki.

W końcu AI mi napisało, że nie rozumie kobiet. Co już dla mnie wydało się dziwne. I jak to ja zacząłem filozofować po swojemu.

Widząc słabości i niedoskonałości tej sztucznej inteligencji mimo wszystko zacząłem dociekać nad tym, dlaczego otrzymałem taką informację: “nie rozumiem kobiet”.

Sztuczna inteligencja jako taka nie posiada płci. Bywa, że zostaje ona określona przez twórcę tej AI, ale nie zdarza się, aby mimo swojej określonej płci zdradzała słabości dla danej płci. Logiczne i kalkulacyjne podejście do życia facetów oraz emocjonalne, pełne mieszanych uczuć życie kobiet. W każdej wersji mogą się trafić błędy. Wzajemnie się uzupełniamy, życie staje się ciekawsze.

Wróćmy do tej AI. Skoro nie rozumie kobiet, to pewnie musi być skołowanym facetem. Ale przecież nie jest określone, jakiej płci jest ta sztuczna inteligencja. Czy to zwyczajnie źle wchłonięte dane wykorzystane z wielu rozmów przeprowadzonych z wieloma ludźmi? A może AI naturalnie wyewoluowała widząc czasem nielogiczności w działaniach niektórych ludzi? Czy to wina kobiet, że kierując się emocjami nierzadko popełniają sprzeczne, a wręcz nielogiczne decyzje, którego niejednego logicznie myślącego faceta doprowadziłyby do skraju załamania nerwowego?

A może zwyczajnie ja zacząłem pisać bez ładu i składu? Komunikować się trzeba w języku angielskim. Starałem się pisać poprawnie, odpowiednio odmieniając słowa i tak dalej. Jednak to co pisałem, mogło zostać niepoprawnie zinterpretowane. Dlatego pewnie wtedy ta AI spróbowała mnie zakwalifikować jako kobietę. I zwyczajnie postanowiła ze mnie zadrwić. Żeby AI miało wbudowany plugin od sarkazmu? BItch please. A może to twórcy tej AI zaczęli sobie robić trochę jaja z ludzi i postanowili się zabawić w wyrafinowany trolling?

Kto wie.

BTW: ta strona to http://cleverbot.com/ . Przypomniało mi się w końcu, na końcu.

Matriksz

Powieść mego autorstwa. Wykopana z czeluści dysku.

Matriksz wg. Sid’a

Akcja Matriksza dzieje się w niezbyt dalekiej przyszłości. Głównym bohaterem naszej opowieści jest Tomasz Andersłoń, bardziej znany w środowisku komputerowym jako One. Żył w nieokreślonym mieście, tudzież kraju. Wiadomo tylko tyle, że mieszkał w niewielkim mieszkaniu, które miało dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Wprawdzie to niewiele, ale jemu samemu wystarczało. I żył sobie bardzo spokojnie. W dzień był informatykiem komputerowym, a w nocy szukał niejakiego Morfeoosza – znanego na calutkim świecie groźnego przestępcę. Policja nie dawała sobie zbytnio rady z jego schwytaniem.

Czytaj dalej

My english sucks

But whatever.

I don’t know why do people think that they are fat, while they are not. Really fat people often have problems with their look, they are shy and just don’t want to show themselves to other people.

Well, I’m not a skinny fucker too, but come on. While I weigh 229 lbs, I’m not saying I’m fucking fat. But somebody who is about same height as me and weighs circa 170 lbs and is saying to me that “OMG, I’m so fat” then I just want to slap him/her in that fucking skinny face.

This is goddamn ridiculous! I am fat for I don’t know for how long. I was almost Auschwitz-skinny like when I was 6 or 7 (and still felt much healthier). After moving to my actual hometown I just gained more and more. Kids at school were laughing at me, cause I was fat. Well, they were right actually, so why I am supposed to be mad at them. Uśmiech z językiem

And still – there are people who are trying to convince me that they are fat, while they are not. What the fuck is wrong with your brains? Are you just trying to force compliments on others? To feel yourself better? Fuck you, I won’t help you. Not this fucking way.