Matriksz


Powieść mego autorstwa. Wykopana z czeluści dysku.

Matriksz wg. Sid’a

Akcja Matriksza dzieje się w niezbyt dalekiej przyszłości. Głównym bohaterem naszej opowieści jest Tomasz Andersłoń, bardziej znany w środowisku komputerowym jako One. Żył w nieokreślonym mieście, tudzież kraju. Wiadomo tylko tyle, że mieszkał w niewielkim mieszkaniu, które miało dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Wprawdzie to niewiele, ale jemu samemu wystarczało. I żył sobie bardzo spokojnie. W dzień był informatykiem komputerowym, a w nocy szukał niejakiego Morfeoosza – znanego na calutkim świecie groźnego przestępcę. Policja nie dawała sobie zbytnio rady z jego schwytaniem.

Szukali go Agenty specjalne i tak dalej. Pewnego dnia One zmęczony nieco słuchaniem muzyczki ściąganej Napsterem zasnął sobie przy monitorze i tak spał. Nagle… Jego monitor zaczął pokazywać jakieś dziwne literki, a następnie napis: „Obudź się One… Matriksz cię ma… Podążaj za białym okiem… Puk, puk, One…”. Dosłownie w tym samym momencie ktoś zapukał w stare, zardzewiałe drzwi blaszane, które były zarazem wejściem do królestwa naszego bohatera – słynnego hakera, który zdołał zhack’ować wszystko.

– No, co tam? – otworzył drzwi One.

– Siema, masz to, o co prosiłem? – spytał go facet, w zaaaarąbistym szarym garniturze i w zarąbistych żółtych lakierkach, które mu niezbyt pasowały do reszty.

– A no mam.

– To daj.

– Daj to był chiński sprzedawca jaj.

– Kurde!

– Co kurde?

– A jajco kurde.

– To chcesz czy nie?

– A no chcem.

– Czekajta chwile.

– Okej. – odpowiedział lekko wkur… zdenerwowany pan w garniturze.

Chwilę później.

– Masz. – powiedział One patrząc na pana w garniturze lekko zmęczonymi oczami.

– Ło rany! Dzięki! – powiedział pan w garniturze, którzy zaczął skakać jak małe dziecko z radości. – Dzięki temu żelowi będę mógł wreszcie postawić włosy na prosto! Hura!

– No, dobra. A co z kasą? – spytał One wyciągając lewą dłoń w stronę pana w garniturze, przy okazji pocierając palec wskazujący o kciuk.

– A… Już, już… Chwileczkę – pan w garniturze wyjął w niezwykłym stylu niezwykle stylowy, czarny i nieco gruby portfel z lewej, wewnętrznej kieszeni swojego garnituru. – Proszę, oto twoje czystapieńdziesiąt dolarów.

– Okej. Jesteśmy kwita.

– A tak przy okazji… Coś taki blady? Człowieku powinieneś nieco się dotlenić, wyluzować…

– Ale… – powiedział One.

– No, co.

– Ale… Mój komputer… – powiedział One nieco zamykając oczy.

– No niech cię… – wyśmiał go pan w garniturze. – szlag trafi. Patti, kochanie może wyciągniemy go na świeże powietrze?

– Bardzo dobry pomysł! – powiedziała Patti. – Będziemy czekać na dole. – odwróciła się i miała już wychodzić, kiedy nagle One zobaczył Białe Oko®, które miała wytatuowane na ramieniu.

– Dobra to idę.

– Okej. Czekamy. Tylko się pośpiesz. – powiedział pan w garniturze i oddalił się w stronę windy, która i tak była zepsuta. – Cholerny brak profesjonalizmu… – walnął w drzwi i zwrócił się w stronę schodów.

One założył czarny garnitur, czarne spodnie i czarne buty. Zszedł na dół. Wsiadł do limuzyny pana w garniturze i odjechali. Nagle zaczęło brakować im benzyny.

– Trzeba gdzieś zatankować. – powiedział szofer pana w garniturze.

– No to… na Statoil! – powiedział pan w garniturze.

Kiedy weszli do klubu, One zdał sobie sprawę, że ten klub jest jakiś taki… dziwny. Mnóstwo babek, facetów, a prawie wszyscy ubrani w jakieś tanie ubranka S&M z najbliższego sklepu z pamiątkami. Wszyscy poruszali się w nienaturalnie wolnym tempie, a w tle leciała jakaś smętna piosenka, niczym mix DJ Bobo, Majkela Dżeksona i polskiego hip – hop-u.

One po kupieniu taniego drinka udał się na spacer po klubie. Nagle jakaś kobieta w czarnym, skórzanym płaszczu i w zaaaaarąbistych czarnych okularach popchnęła go pod ścianę.

– Ej! Uważaj! Drinka byś mi wylała.

– Sorki. – odpowiedziała pani w płaszczu.

– Nie ma za co.

– Wiesz, to, co ci powiem to ci powiem, ale ci powiem.

– No słucham.

– Oni planują na ciebie zamach.

– Kto „oni”? – spytał One.

– Oni, czyli Agenty. – powiedziała szeptem pani w płaszczu.

– Co? Nie słyszę.

– ONI, CZYLI AGENTY! – powiedziała nieco głośniej.

– Aha. Czy ty przypadkiem nie jesteś Trinity?

– Tak, ale wiedz, że już wkrótce coś się wydarzy, już wkrótce… – odpowiedziała i równie szybko, jak się pojawiła tak znikła.

Następnego dnia One nieco zaspał, a miał iść do pracy. Szef nie był zbyt miły dla Tomasza.

– Wie pan, nasza firma jest jedną z największych produkujących oprogramowanie.

Jakiś facet mył wtedy okna budynku tej firmy, akurat przy biurze szefa.

– Problem jednostki… – kontynuował – to problem firmy. Więc bardzo bym chciał, aby mi to był ostatni raz.

– Dobrze – powiedział Tomasz i wyszedł.

Chwilę później w swoim dziale Tomasz siedział i zbierał siły do pracy. W pewnym momencie zjawia się dostawca z FedEx i przynosi Tomaszowi kopertę. Tomasz zgodnie z procedurą podpisuje się na jakimś papierze i odbiera przesyłkę. Gdy dostawca wychodzi Tomasz otwiera kopertę, a w niej… telefon Nokia 8110i.

– „Super! Wreszcie własna komórka i to za darmo!” – pomyślał Tomasz.

Nagle… Telefon dzwoni. Tomasz odbiera…

– Halo? Czy to Jurek? – ktoś mówi.

– Niestety, pomyłka. – odpowiada Tomasz.

– Aha. To dziękuję. Do widzenia… – rozłączył się.

I znowu za chwilę telefon dzwoni…

– Cześć, One. Wiesz, kto mówi? – dobiega głos ze słuchawki.

– Morfeoosz? – pyta się One, ups Tomasz(w końcu jesteśmy w firmie).

– Tak. Nie wiem, czy jesteś gotów na to, co chcę ci pokazać, ale czas się już skończył.

– E… Coś ty. Dopiero wpół do dwunastej. – One spojrzał na zegarek.

– Cicho. To moja kwestia. Zapomniałeś?

– W końcu nie ja piszę tę historyjkę…

– No właśnie. A więc co ja… Aha. Idą po ciebie i nie wiem, co zamierzają.

– Kto? – spytał Tomasz.

– Wstań i zobacz.

Usłyszawszy to Tomasz już zbierał się do wyjrzenia przez ściankę działową, kiedy usłyszał…

– Powoli. – powiedział Morfeoosz.

Tomasz wychyliwszy się zobaczył, jak jakaś babka pokazuje Agentom, gdzie siedzi Tomasz. Szybko schylił się z powrotem.

– Oh shit! – zaklął szpetnie.

– Yeess. – odpowiedział Morfeoosz. – Okej. Pomogę ci. Szybko przejdź do sąsiedniego boksu.

– Już? – spytał Tomasz.

– Teraz!

Myk na drugą stronę. Od razu przyszli Agenty popatrzyli na dział Tomasza, a ten… pusty!

– Kurde, musimy go teraz szukać. – powiedział jeden z Agentów.

– No, niestety. – powiedział drugi.

I rozeszli się.

– Dobra. – powiedział Morfeoosz – Teraz powiem ci, co dalej. Wyjdziesz z tego boksu potem w lewo, migiem koło kserokopiarek i do biura szefa. Pamiętaj: nie wychylaj się!

– Dobra no to jadę.

– Czym? – spytał Morfeoosz.

– Tak się mówi, to znaczy, że idę.

– Aha. No to czekam.

Piętnaście sekund później.

– Jestem. – wyszeptał zdyszany Tomasz.

– Dobra. Teraz okno po lewej. Otwórz je.

– No i?

– W prawo do windy, a tą na dach.

– Co ty?! Zgupłeś? Facet zabiję się! – krzyknął Tomasz do telefonu.

– Ale z ciebie baba…. Ekhm… Powiem inaczej: wierzę w ciebie One, uda ci się.

– No dobra spróbuję.

Tomasz wychodzi na parapet. Patrzy w dół i widzi ulicę z koszmarnej wysokości.

– Ło Jezu… No, ale mus to mus(jabłkowy).

Powoli przechodzi po parapecie. Dochodzi do windy, ale przed nim jakaś stalowa, kwadratowa rynna. Próbuje jakoś się chwycić, ale w lewej dłoni ma telefon i ciężko mu to idzie. Nagle telefon wypada mu z ręki.

– „Kuźwa, a taki fajny był…” – pomyślał. – „No nic. Trza jakoś tam dojść”.

Chwyta się rynny i szerokim skokiem przechodzi na drugą stronę, kiedy nagle się pośliznął i zaczął spadać w dół. Wydawało mu się, że właśnie skończyło się jego marne życie, a wszystko to przez gupi telefon. Spadając nagle czas zwolnił i wszystko wokół niego też. Rozgląda się wokół siebie. Spojrzał w niebo, a tam ktoś skoczył za nim. Ten ktoś wyglądał jak…

– Trinity! – zawołał One.

– One! – zawołała Trinity.

I w tym momencie złapała go w powietrzu i wykonując potrójny axel do tyłu wylądowała z One’m na ziemi.

– Szybko! Na Ducati! – krzyknęła Trinity.

– Ależ czekaj. – powiedział One. – Czy to nie powinno być w drugiej części i z kim innym?

– Nie wiem. Nie ja piszę tę historyjkę.

– Aha.

– Szybko! Wskakuj!

Oboje wskoczyli, Trinity jako kierowca, One jako pasażer.

– Trzymaj się!

– No dobra. – odpowiedział One.

Trinity chcąc jak najszybciej odjechać od Agentów, którzy wsiadali do zaaaarąbistego, czarnego samochodu, zaczęła palić gumę, aby zrobić dymek. Niestety przypalona Hubba – Bubba nie smakuje najlepiej, więc Trinity ją wypluła. Odjechali, a za nimi Agenci deptali im po piętach. W pewnym momencie zadzwoniła komórka Trinity – Nokia 3310(w końcu wyższe uprawnienia, nie?).

– Tak? – spytała.

– To ja Morfeoosz, daj mi One.

– One to do ciebie, Morfeoosz.

– Tak? – spytał One.

– Ty idioto! Dlaczego niczego się nie trzymałeś, kiedy przeszedłeś na drugą stronę? – Morfeoosz był wyraźnie wściekły.

– Aaa… No, bo…

– No, co? No, co?! Nie czas płakać nad rozlanym kisielem. Jedźcie na autostradę A1. Tam się spotkamy.

– Dobra. Rozłączam się. – odpowiedział One. – Trinity!

– Co?

– Jedź na autostradę A1. Tam spotkamy Morfeoosza!

– Dobra! Masz! Weź moje M4A1, poskładaj je i strzelaj do Agentów! – to mówiąc dała One walizkę.

– Ale ja nie umiem składać broni!

– W środku jest instrukcja!

– Dobra!

To powiedziawszy otworzył walizkę, a tam nowiuśkie M4A1. Złożył je według instrukcji, odwrócił się w stronę Agentów i zaczął strzelać. W tym momencie czas znowu zwolnił, a One strzelał z olbrzymią celnością, choć w nic nie trafiał, tylko w maskę samochodu Agentów. Łuski z niesamowitą finezją upadały na drogę wydając charakterystyczny dźwięk. Ponieważ One trochę odrzucało, założył tłumik i strzelał dalej. Nagle skończyła mu się amunicja. Niewiele myśląc wyrzucił pusty magazynek w stronę Agenta, który strzelał do nich z Beretty i był wychylony przez drzwi, toteż nie mógł sobie trafić. Magazynek trafił go prosto w głowę i wyrzucił swoją Berettę na ulicę.

– Nieeeeee…!!! – krzyczał zrozpaczony Agent. – Tego wam nie wybaczę!

Wybił przednią szybę mocnym kopniakiem i wyszedł na maskę samochodu. One już kończył zmianę magazynku. Rozzłoszczony Agent rzucił się w stronę motocyklu z One i Trinity, ale w ostatnim momencie czas zwolnił i One rozstrzelał Agenta na części pierwsze i drugie, a nawet trzecie.

– Nieźle ci idzie! – mówi Trinity.

– Wiem! Ciupanie w CS-a daje rezultaty!

Nieco później po wjechaniu na autostradę Trinity wymijała samochody po mistrzowsku, niczym profesjonalny kierowca motocyklowy. Niestety policja nie próżnowała i starała się uprzykrzać życie naszym bohaterom, jak tylko się da. Na przykład blokady, które Trinity omijała, dzięki zjechaniu na przeciwny pas ruchu. Mimo, iż jechała pod prąd, nie dawała za wygraną. One również nie próżnował. Strzelał do radiowozów, które za nimi jechały. Każdego policjanta-kierowcę rozwalał dwoma, góra trzema nabojami, a musiał oszczędzać, bo nie miał ich zbyt wiele. Agenci, również starali się zrobić

z One i Trinity miazgę, ale niezbyt im to wychodziło. Kiedy Trinity wróciła na właściwy pas ruchu nadjechała srebrna, zaaaarąbista KIA, a w niej Morfeoosz.

– Szybko! Podjedźcie i wskakujcie do środka! – krzyknął Morfeoosz.

Trinity podjechała bliżej drzwi.

– One! Wskakuj! – krzyknęła.

– Czekaj! Mam kilka naboi! Rozwalę Agenta to wejdę!

To mówiąc zaczął strzelać w stronę kierowcy czarnego wozu Agentów. Dwa naboje chybiły celu, a dwa kolejne w zwolnionym tempie trafiły Agenta-kierowcę w prawe ramię. Odrzuciło go na chwilę. Nieco oszołomiony skręcił w stronę motocyklu, ale One oddał celny strzał ostatnim nabojem prosto w głowę Agenta.

– Head–Shot! – krzyknął One.

Wtedy samochód Agentów skręcił w lewo i uderzył w betonowe bloki oddzielające przeciwne pasy ruchu. Auto efektownie przebiło barierę i wpadło wprost pod koła rozpędzonego TIR-a. Wgniótł się głęboko pod kabinę, a naczepa TIR-a skręciła bezwładnie miażdżąc inne samochody na pasach obok. Kiedy One i Trinity wsiedli do samochodu, Morfeoosz zaczął mówić do One:

– Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze strzelać.

– Ma się tą smykałkę w ręku. – odpowiedział One.

– Jasna cholera, Trinity! – krzyknął nagle Morfeoosz.

– Co się dzieje!? – spytała.

– Widzisz? – mówiąc to Morfeoosz wskazał TIR-a, który pędził pod prąd prosto na naszych bohaterów.

– Rany Boskie! To chyba jeden z Agentów!

– Co robimy? – spytał One.

– Trinity! Masz moje Uzi. Albo nie! Daj je One i niech on wychyli się przez szyberdach.

– Po co? Mam go zestrzelić?! – spytał poirytowany One.

– Musisz! Skoro ty potrafisz tak strzelać…

– Dobra! Zwolnij trochę! – mówiąc to One wychylił się przez szyberdach i zaczął celować, a nie było łatwo, bo trzęsło jak cholera.

Oczywiście czas zwolnił, ale to nie pomagało. One poprzez mocne wpatrywanie się przez celownik optyczny…

… Dziadku, to Uzi może mieć celownik optyczny?

– Oczywiście, ale nie przerywaj Jasiu, bo stracę wątek.

…zauważył jak obraz nienaturalnie mu się wyostrzył i powiększył.

– Nareszcie coś, co mi się podoba w Matrikszie. – powiedział One.

I zaczął strzelać, a odrzut był strasznie silny, więc musiał co chwila przerywać ogień. A TIR był coraz bliżej… W końcu tak blisko, że nie było szans na odwrót, czy wyminięcie.

– One! To już koniec(nie ma już nic…) – krzyknęła Trinity.

– Już po nas! – krzyknął Morfeoosz.

– Giń!!! Aaaaaaaaaa… – krzyknął One strzelając w amoku.

I nagle… TIR rozpędzony do olbrzymiej prędkości dosłownie zmiażdżył KIĘ, która efektownie zapaliła się pod kołami TIR-a. Jeszcze naczepa zahaczyła o wrak i pociągnęła go ze sobą o kilkanaście metrów. Agent zatrzymał TIR-a i wyszedł na drogę. Spokojnie podszedł do wraku i spojrzał z politowaniem na zmasakrowane ciała One, Trinity i Morfeoosza. Uśmiechnął się ironicznie i powiedział:

– Wszystko, co ma swój początek, ma też koniec panie Andersłoń. – powiedział drwiąco Agent… Smith.

THE END

Scenariusz:

Sid

Reżyseria:

Sid

Producent:

Sid

Autor oryginalny:

Sid

All rights reserved

© 2004 by Sid

The Matriksz

Matriksz Reloaded wg. Sid’a

Spróbujmy jednak przyjąć, że One nie był głupi i zaczął strzelać w koła TIR-a. Jeśli nie wiesz, o co chodzi to przeczytaj pierwszą część: ”Matriksz wg. Sid’a”. Prawe koło wybuchło pod olbrzymim ciśnieniem i Agent nie mógł sobie poradzić z nadsterownością. Przejechał obok samochodu naszych bohaterów, dosłownie centymetry obok. TIR przebił się przez betonowe bloki i uderzył w samochody po drugiej stronie jezdni, po czym nastąpił potężny wybuch, który zmiótł wszystko w promieniu stu metrów.

– Juhu! – krzyknął One. – Udało się!

– Dobra robota One. Teraz musimy uciec przed policją i odłączyć cię od Matriksza. – powiedział Morfeoosz.

Morfeoosz wcisnął gaz do dechy i pomknął w stronę zjazdu z autostrady. Policja dołączyła do pościgu, więc One zmienił magazynek w Uzi i zaczął strzelać w stronę radiowozów. Kiedy czas zwolnił…

– Wyłączcie ten cholerny zwolniony czas! – krzyknął One.

– No dobra. – powiedział narrator.

Jak powiedział, tak zrobił. Czas znów miał normalną prędkość. One, pomimo mocnego odrzutu, strzelał dość celnie. Najpierw trafiał w maskę samochodów, a potem przez szybę przednią rozwalał kierowców. Każdy, kolejny i rozstrzelany radiowóz zjeżdżał w inną stronę, przy okazji blokując drogę. To pomagało w ucieczce. Niektóre wozy wybuchały tworząc niesamowite odgłosy przestrzenne typu Dolby Digital™. Kiedy One rozwalił wszystkie radiowozy zaczął padać deszcz. Krople nie były zwyczajne… Jakby… Bardziej większe niż zwykle… Przypominające spływający kod Matriksza.

– Coś jest nie tak. – powiedziała Trinity.

– Masz rację. Musimy czym prędzej odłączyć One z Matriksza i uświadomić mu, kim tak naprawdę jest. – powiedział Morfeoosz.

– Ej! Pomóżcie! – One nie mógł wejść z powrotem do samochodu, ponieważ był zasypany olbrzymią ilością łusek po nabojach.

Morfeoosz otworzył drzwi i wszystkie łuski wysypały się na ulicę.

– Dzięki. – powiedział One.

– Zamknij tylko szyberdach, bo deszcz nakapie na moją skórzaną tapicerkę. – powiedział Morfeoosz.

– Okej.

Jakiś czas później zadzwonił telefon Morfeoosza – Nokia 3510i.

– Tak? – spytał Morfeoosz.

– Pośpieszcie się! Maszyny się zbliżają! – powiedział ktoś.

– Dobra, Linek. Ile mamy czasu?

– Niewiele! Jakieś dwie, trzy godziny max!

– Okej. Powiedzcie reszcie, że jesteśmy prawie na miejscu!

– Dobra! Rozłączam się! – powiedział Linek i rozłączył się.

– Słuchaj, One. – powiedział Morfeoosz. – Teraz zapoznasz się z moją ofertą.

– Dobra.

Wyszli z nieco podziurawionego wozu i w strugach deszczu weszli do środka jakiegoś starego budynku.

– Ci projektanci wnętrz mieli fatalny gust – One z niesmakiem spojrzał na podłogę klatki schodowej.

Na samym szczycie Morfeoosz powiedział One i Trinity:

– Zaczekajcie tutaj. Muszę się przygotować. – powiedziawszy to wszedł przez duże drewniane drzwi do całkiem sporego pokoju.

Chwilę później…

– Dobra! Wejdźcie! – dobiegło ze środka.

One i Trinity powoli weszli do środka. Tam stał Morfeoosz ubrany w zaaaarąbisty czarny płaszcz, zaaaarąbiste czarne okulary i zaaaarąbiste czarne lakierki.

– Usiądź One. – wskazał One czerwony, obdarty fotel z lat siedemdziesiątych. – Mam ważną wiadomość. Z powodu braku funduszy, które zostały przeznaczone na walkę w reszcie opowieści muszę się streszczać.

Morfeoosz otworzył srebrne pudełko po zapałkach i wyjął dwa cukierki.

– Wybierz toffi, abyś obudził się we własnym łóżku w świecie pełnym złudzeń itd. – rozkłada lewą dłoń. Wybierz miętowy, aby przekonać się czymże naprawdę jest Matriksz. – rozkłada prawą dłoń. – Wybór należy do ciebie.

– To ja wybiorę… Hmmm… A… Może… Hmmm… Miętowy czy toffi… Naprawdę trudny wybór… Hmmm…

– Streszczaj się do cholery! Ekhm… To znaczy: pamiętaj, wybór zależy tylko od ciebie.

– To ja poproszę koło ratunkowe – pół na pół.

– „Co za totalny idiota…” – pomyślała Trinity.

– „Co za totalny idiota…” – pomyślał Morfeoosz.

– Żartowałem! – odpowiedział One. – Wezmę miętowy.

– Doskonale! I pamiętaj: oferuję ci tylko prawdę.

One zjadł cukierka.

– Teraz chodź z nami. – odpowiedział zadowolony Morfeoosz.

Cała trójka z Morfeooszem na czole, to znaczy CZELE przeszła do innego pokoju. Tam znajdowało się mnóstwo aparatury, która służyła do nie wiadomo, czego. Byli tam Syfer, Ejmok i Słitcz – pomocnicy Morfroosza.

– Usiądź tutaj, One. – Morfeoosz wskazał niewygodny fotel dentystyczny.

One usiadłszy, Trinity zaczęła go podłączać. Chwilę potem Ejmok nawiązał połączenie z serwerem i był gotów do transferu danych. One nieco znudzony czekaniem popatrzył w zbite lustro po jego prawicy. Nagle lustro zlało się z powrotem w całość. One zaciekawiony tym zjawiskiem dotknął tego lustra, a niestety było jakby z kisielu. Lustro zaczęło gwałtownie oblewać jego prawą rękę, ramię, a następnie szyję…

– Migotanie serca. – powiedziała Trinity.

Morfeoosz wyciągnął Nokię 3510i i zadzwonił…

– Linek, mamy go. Bądź gotów.

– Już go mam. – powiedział Ejmok.

I wtedy lustro zalało wnętrzności One, przez przełyk, aż do żołądka.

Wszyscy wiemy, że One się obudził, że maszyny wyrzuciły go do ścieków, a Morfeoosz i spółka złapali go na środku rozlewni ścieków. Potem odbudowali mu mięśnie, usunęli częściowo wszczepy, wyjaśnili, co to Matriksz, przez co puścił pawia. Po tym wszystkim przyszła pora na trening. Linek wytrenował go na superwojownika itd. Próbował walki z Morfeooszem, skakał po dachach wieżowców. Niestety nie doskoczył i spadł na ulicę. Po tym wszystkim przyszła kolej na przedstawienie One Wyroczni…

Po zalogowaniu przez Piracką Sieć Matrikszową(P.S.M) One, Morfeoosz, Trinity, Ejmok, Słitcz i Syfer znajdowali się w domku. Potem One, Morfeoosz i Trinity wyszli na podwórko i wsiedli do zaaarąbistego czarnego Lincolna. Po dojechaniu na miejsce spotkania Trinity została na dole pilnować samochodu, aby nikt im niego nie spompował. One i Morfeoosz zatrzymali się przy drzwiach do mieszkania Wyroczni.

– Ja wskaże tobie drzwi, ale to ty musisz przez nie przejść. – powiedział Morfeoosz. – To… Te. Tak, jeszcze pamiętam. No, to wchodź.

One ma już otwierać drzwi, już dotyka ręką klamki, kiedy nagle…

– Siema, One! Witaj Morfeooszu! Proszę, wejdźcie. – jakaś pani w białym szlafroku otworzyła drzwi na ułamek sekundy przed One.

Weszli do środka, a pani zamknęła drzwi.

– Rozgość się Morfeooszu. – powiedziała pani. – A ty One chodź ze mną.

Przeszli do dużego pokoju, a tam siedziały jakieś dzieci. Jedne coś czytały, drugie bawiły się klockami w sztukę lewitacji, a jakiś łysy chłopiec wyginał łyżki.

– One, zaczekaj chwilę. – powiedziała pani i poszła do kuchni.

One zaintrygował w szczególności łysy chłopiec. Usiadł po turecku naprzeciw niego. Chłopiec dał mu łyżkę.

– Nie próbuj wygiąć łyżki, bo to nie możliwe. Spróbuj sobie wyobrazić, że to ty jesteś łyżką.

– Nie rozumiem. – odparł One.

– Łyżeczka nie istnieje. – powiedział chłopiec.

Po tych słowach One zaczął głupio wpatrywać się w łyżkę. Ku jego zdumieniu zaczęła się… wyginać! Po chwili przyszła pani w szlafroku.

– One, Wyrocznia cię prosi.

– Już idem. – powiedział One.

Chwilkę później w kuchni…

– Witaj, One. – powiedziała Wyrocznia. Była to dość stara babka. Siedziała przy piecu i pilnowała ciastek, aby się nie spaliły. – Zaproponowałabym ci, żebyś usiadł, ale i tak nie skorzystasz. I nie przejmuj się wazonem.

– Jakim wazonem? – spytał One i przez przypadek zahaczył o piękny wazon ze świeżymi kwiatami, który spadł i rozbił się. – Ja przepraszam…

– Widzisz? Mówiłam, abyś się nie przejmował. Któreś z dzieci go naprawi. No, dość owijania w bawełnę i wełnę. Powiem prosto z mostu… – wyciągnęła ciasteczka z pieca. – Nie jesteś wybrańcem…

– Co?! Ej, nie. Kurde. Jaja se robisz?! – One był w szoku.

– Żartowałam.

– Aha.

– Być może jesteś, tylko jeszcze nie wiesz, w co chcesz wierzyć.

– No. Już mi lepiej.

– A dla otuchy weź ciastko. Jak nie pomoże, to nie zaszkodzi. – dała One spore, brązowe i ciepłe jeszcze ciacho.

– Wielkie dzięki. Dawno nic nie jadłem. Do widzenia. – powiedział One i wyszedł.

W korytarzu spotkał Morfeoosza czekającego na One.

– Ale ona chamska…

– Co się stało? – spytał One.

– Mi ciastka nie dała. No, ale trza się zbierać. idziesz?

– No.

Wrócili do domku, gdzie czekali Syfer, Ejmok i Słitcz. Wchodząc po schodach One zobaczył ślimaka spadającego z poręczy. Spojrzał, która godzina, a potem znów na poręcz. Ślimak znów z niej spada!

– Ciekawe… De ja vu…

– Co powiedziałeś? – spytała Słitcz.

– No, że widziałem jak ślimak spadł z poręczy, a potem znów to samo.

– Coś jest nie tak… – powiedział Morfeoosz. – Szybko na górę!

– O co chodzi? – spytał One Trinity.

– Kiedy zmieniają coś w kodzie Matriksza, to może powstać jakieś nierealne złudzenie, ot jak ten ślimak.

– Aha – odparł One.

Morfeoosz podszedł do zasłoniętego okna.

– Cholera. To właśnie zmienili. – powiedział. – Szklane okno zmieniło się w ceglany mur.

– Niedobrze. – odparła Trinity.

Nagle ze wszystkich drzwi wyskakuje Oddział Elitarnych Jednostek Antyterrorystycznych(O.E.J.A.) i rozstrzeliwuje wszystko i wszystkich, oprócz Morfeoosza i One. Wszyscy antyterroryści wycofali się, a do pokoju weszło dwóch Agentów – obydwaj podobni, jak dwie krople wody.

– Witam panów. – mówi jeden z nich, przy okazji ściągnął zaaaarąbiste czarne okulary. – Miło widzieć same sławy. Legendarny i nieuchwytny Morfeoosz oraz jego uczeń, One.

– Czego chcesz łajzo?! – krzyknął Morfeoosz.

– Nieładnie. – Agent Smith pogroził palcem i założył okulary z powrotem. – Tak dla formalności nazywam się Smith. – rozejrzał się po pokoju i zatrzymał wzrok na One. – Agent Smith. – i szybkim, zdecydowanym ruchem wbił wyprostowaną rękę prosto w serce Morfeoosza.

– Morfe…!!! – One oberwał mocnego kopniaka w twarz od klona Agenta Smitha i padł na ziemię.

Chwilę później Morfeoosz zmienił całkowicie wygląd i… stał się klonem Agenta Smitha. One podniósłszy się otrzepał kurz z ubrania i powiedział:

– Coś ty mu k****(cenzura tak zwana) zrobił???!!! – wrzeszczał One. – Nie wybaczę ci tego!!! – i rzucił się na Smitha.

Jednak czas zwolnił i kiedy One prawie łapał Smitha za szyję, jeden z klonów Agenta wyciągnął Berettę i oddał strzał prosto w klatkę piersiową One. Trafienie było mocne, bowiem One odrzuciło na dobre kilka metrów. Klon Agenta podszedł pod One i wystrzelał w niego cały magazynek. Kiedy wystrzelił czternaście pozostałych naboi, w zwolnionym tempie zmienił magazynek i już miał zacząć strzelać od nowa, kiedy Smith mu powiedział:

– Wystarczy. To tylko człowiek. Nie przeżyje. – i już mieli zamiar wyjść z pokoju, kiedy nagle…

One otworzył oczy i wstał.

– Co to ma znaczyć?! – krzyknął Smith na klony. – Zabić go! Natychmiast!

Wtedy klony Agenta wraz ze Smithem zaczęli strzelać w stronę One.

– Nie… – odpowiedział One i wyciągnął prawą rękę w stronę Agentów.

Wszystkie kule wystrzelone przez Agentów zwolniły i zatrzymały się przed One. One wziął jeden z lewitujących pocisków do ręki. Uśmiechnął się. Wtedy Agenci zrozumieli, że to anomalia, i że należy ją zniszczyć. Rzucili się w jego stronę, gdy niespodziewanie szybko One dobył pistolet spod zwłok Trinity i zaczął strzelać. Niestety One miał dylemat.

– Który z nich to Morfeoosz? – rozejrzał się dokładniej. – A co tam…

Mając siedem naboi musiał zabić trzech gości. Bułka z masłem i dżemem truskawkowym. One strzelił raz w stronę prawego Agenta. Trafił go w mostek – śmierć na miejscu. Drugi klon był po lewej stronie. Trafił go w głowę – śmierć na miejscu. Wtedy Agent Smith wystraszył się co nieco i wycofał trochę.

– To jeszcze nie koniec. – powiedział Smith. – Stanął jak wryty i po chwili, ku zdumieniu One zza drzwi, które były za plecami Smitha weszło całe stado Agentów-klonów Smitha.

– „Ło Jezu…” – pomyślał One.

– Jak pan sobie zdaje sprawę z tego, co się dzieje, to powinien pan wiedzieć, że pana koniec jest bliski.

One zrezygnowany wyrzucił pistolet w kąt.

– Dobra. Spróbuję was pokonać. – odpowiedział drwiąco One.

Wszyscy Agenci roześmiali się głośno i po chwili przyjęli poważne miny(przeciwpancerne?).

– Jak chcesz, panie Andersłoń. – powiedział Smith.

– Nie nazywam się Andersłoń. Nazywam się… ONE! – powiedziawszy to rzucił się w stronę Smitha.

Czas zwolnił. One chciał wyprowadzić lewego prostego w szczękę Smitha, ale ten go sparował. One odbił rękę Smithowi. Wtedy czas zwolnił jeszcze bardziej. One wziął zamach prawą ręką i mocnym sierpowym walnął go w gębę. Smitha wyraźnie zabolało, bo krzyknął z bólu. Czas odzyskał normalną prędkość. Smith poleciał, jak długi i wbił się efektownie w ścianę. Klony Agenta znieruchomiały.

– Jak on to zrobił…? Jakim cudem…? – rozeszło się wśród klonów.

Na scenę z powrotem wkracza Smith.

– Dlaczego? Panie Andersłoń? Dlaczego? Dlaczego się pan tak upiera? – spytał wyrzucając połamane okulary i otrzepując powoli garnitur.

– Bo tak chcę. – odpowiedział ze spokojem One.

– Nie. Nie. To niemożliwe. To jest mój świat! Mój świat! A panu, panie Andersłoń nie pozwolę przeszkodzić mi w tym.

– Straszne. Ale się boję! – odpowiedział drwiąco.

– I ma pan prawo.

– Dziękuję. – One z potężnego zamachu kopnął Smitha w brzuch.

Smith zgiął się w pół. Chwycił się oburącz i ukląkł na kolana. One nadzwyczaj szybko zabrał wyrzucony wcześniej pistolet z ziemi i przyłożył powoli do głowy Smitha. Ten spojrzał na One baranim wzrokiem.

– It’s impossible… – wyszeptał Smith.

– A jednak. – powiedział One. – Żegnam. – Jednym celnym strzałem pozbawił Smitha życia.

Jego głowa rozpadła się na kilka części i niemal natychmiast rozbłysły niesamowitym blaskiem i rozpadły się całkowicie. One groźnym spojrzeniem zlustrował resztę klonów. Te natychmiast uciekły z pokoju i znikły na zawsze.

– Nareszcie. – odpowiedział One. – Koniec terroru. Koniec wszystkiego, ale… – spojrzał na zmasakrowane ciała Trinity, Syfera, Słitcz i Ejmoka. – Co z nimi? Co ze mną? Co z resztą ludzi, którzy nie są wyzwoleni?

O tym, co się dalej wydarzy – w części trzeciej.

TO BE CONCLUDED

Scenariusz:

Sid

Reżyseria:

Sid

Producent:

Sid

Autor oryginalny:

Sid

All rights reserved

© 2004 by Sid

Matriksz Revolutions wg. Sid’a

One po skończonej walce podszedł do telefonu, który stał na stole. Zadzwonił.

– Linek? Tu One. Potrzebuję pomocy.

– To znaczy? – spytał Linek.

– Agenci i antyterroryści pozabijali wszystkich, tylko nie mnie.

– Aha. To chyba mamy problem, bo bez reszty nie damy rady ocalić ludzkości…. AAAAAAA!!! – połączenie zerwało się.

– Co jest? Co…

Nagle One pada na ziemię. Niestety nie żyje…

W międzyczasie.

W parku, nad brzegiem nienaturalnie czystej rzeki na ławce siedzi starsza pani. Obok niej stoi facet w nienagannie skrojonym, białym garniturze.

– Widzisz? Mówiłam, że tak będzie. Maszyny dostały się do Zionu i zniszczyły wszystko i wszystkich.

– Ale jakim cudem?

– Jestem Wyrocznią do jasnej cholery.

– A… No przecież.

– I co teraz?

– No, co? – mężczyzna popatrzył na nadzwyczaj piękny wschód słońca. – Wszystko będzie biegło dalej swoim życiem.

– Ale wyzwolisz ich?

– Że niby kogo? Ludzi? – spojrzał nieco zdenerwowany.

– A jak myślisz?

– Zastanowię się, ale nie bierz mnie za człowieka, więc nie bądź pewna mojej decyzji.

– Dobrze, a czy kiedyś się jeszcze pojawi?

– On? – zamyślił się. – Nie potwierdzam, ale i nie zaprzeczam. – odwrócił się i poszedł w stronę rzeki i zniknął, niczym poranna mgiełka.

– Stało się. – powiedziała Wyrocznia, po czym wstała i poszła w stronę wschodzącego słońca.

THE END

Scenariusz:

Sid

Reżyseria:

Sid

Producent:

Sid

Autor oryginalny:

Sid

All rights reserved

© 2004 by Sid

Matriksz Revolution wg. Sid’a

– Co się stało?

– Nie wiem.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– Aha. No i co teraz?

– Nie jestem pewien.

– Czego?

– Tego, czy mi się uda…

– Uda ci się. Na pewno.

– Dzięki za słowa otuchy.

– Nie ma za co.

– Dobra. – westchnął. – Wgrywam save’a.

– One! Trinity! – naszych bohaterów dobiegł z nieznanego miejsca dziwnie znajomy głos.

– Co się stało? – spytała Trinity.

– Może przestalibyście grać w Rzeczywistości Wirtualnej Symulującej Matriksza?

– Dobra. I tak mnie już to nudzi. – powiedział One, po czym odłączył się od Sieci.

Akcja dzieje się na pokładzie grawitolota kpt. Morfeoosza – Nabucheddarnezzar(czyt. nabuczedar-nezar).

– Żołnierze! Najważniejsza ku**a jest, zaprawa! – krzyknął Morfeoosz. – Śpiewać! Nie jeden dom już zbudowałem! I zawsze Atlas używałem…!

– Ależ kapitanie. – powiedział cicho One. – My nie jesteśmy żołnierzami, tylko wyzwolicielami świata.

– Tak? – spytał Morfeoosz.

– Mhm. – przytaknął One.

– Aha. Tak, więc przejdźmy do rzeczy. – Morfeoosz usiadł w wygodnym fotelu firmy Recaro. – Mamy niezwykle ciężką sytuację.

– To znaczy? – spytał One.

– To znaczy, że maszyny wdarły się do Zionu, a my musimy pokonać Agenta Smitha i jego klony. Jeśli nie zdążymy na czas to po nas.

One niewiele myśląc usiadł na fotelu, gotowy do podłączenia do Matriksza.

– Jestem gotów. Podłączcie mnie. Zniszczę Smitha raz na zawsze.

– Dobra. – powiedział Morfeoosz. – Linek! Łącz go.

– Już… Chwileczkę… Okej. Ładuj.

W tym momencie Morfeoosz nacisnął przycisk LOAD na monitorze dotykowym. Chwilowa ciemność… I One jest już w Matrikszie. Stał w strugach deszczu niedaleko przystanku autobusowego. Wyciągnął telefon komórkowy – Nokię 3310 i zadzwonił do Linka.

– Jestem.

– Co ci potrzeba? – spytał Linek.

– Broń, dużo broni.

– Coś jeszcze?

– Może… Gumę do żucia, aby się uspokoić oraz jakiś mocny, aluminiowy bejsbol.

– Bejsbol też? No dobra… Ładuję. Rozłączam się… – rozłączył się.

Po chwili One pod płaszczem miał pełny arsenał wojenny: M4A1, Kałasznikov, cztery Beretty, dwa Uzi, cztery granaty, aluminiowy i ekstra lekki bejsbol pierwszej klasy oraz gumową kaczuszkę, którą One zawsze miał pod prysznicem. Przeszukał nerwowo lewą, wewnętrzną kieszeń płaszcza. Znalazł tam… Mentosy?

– Miała być guma! – krzyknął One.

W tym momencie zadzwoniła Nokia 3310.

– No, co tam? – spytał poirytowany One.

– Sorki, ale gumy się skończyły. – to Linek.

– Szkoda.

– Rozłączam się. – Linek rozłączył się.

One wziął jednego Mentosa i zaczął go żuć. Po chwili zrozumiał.

– Rzeczywiście… Mentos – The fresh maker! – i w tym momencie wyciągnął spod płaszcza czarny, zaaaarąbisty parasol.

Rozłożył go i poszedł w stronę przystanku autobusowego. Stanął pod słupem z rozkładem jazdy i popatrzył: „Na ten przystanek przyjeżdża tylko autobus nr 13 w godzinach: 6:00, 8:00, 10:00, 12:00, 14:00, 16:00 i 18:00”. One spojrzał na zegarek. Była 17:47. Musiał zaczekać trzynaście minut. Stanął obok słupa i wpatrywał się na zmianę to w lewą, to w prawą stronę, a ulice były nienaturalne puste. W pewnym momencie podeszła do niego starsza pani. One popatrzył na nią.

– Witaj, One. – powiedziała starsza pani.

– Dzień dobry, Wyrocznio. – wiedział, że to Wyrocznia.

– Czy ja wiem, czy taki dobry? Wiem, na co czekasz, ale nie wiesz, czy to się zjawi, czy nie.

– No więc? – spytał One.

– Autobus nie przyjedzie tak szybko, jak myślisz. Zawsze się spóźnia o dobre dwie godziny.

– No, fajnie. To jak dojadę na miejsce Przeznaczenia?

– A więc Przeznaczenie tam cię wiedzie? – spytała Wyrocznia. – Nie martw się. Ja przyjechałam tutaj zrobić zakupy, tak więc podrzucę cię.

– Super!

Oboje poszli w stronę parkingu, który był po drugiej stronie ulicy.

– To ten. – Wyrocznia wskazała granatowego Forda Mondeo z alufelgami.

Wsiedli do środka. Wyrocznia za kierownicą wyglądała dość niepozornie.

– Pamiętaj, One. Zawsze podróżuj w pasach. – to mówiąc pokazała One sweter, który miała pod ortalionem.

Nie był zbyt ładny, ale miał błękitno-czerwone pasy.

– Ja za to mam skarpetki w pasy. – One podciągnął nogawki. – To wystarczy?

– Pewnie! Jazda! – powiedziała Wyrocznia i odpaliła Forda.

Jednakże silnik nie brzmiał, jak standardowy 1.6. Raczej jak 3.0.

– Ile on ma litrów? – spytał zaciekawiony One.

– Nie pamiętam. Serafin mi go podrasował, aby mieć szanse ucieczki przed Agentami.

– Serafin?

– Nie wiesz? Mój pomocnik.

– A… No przecież.

– Dobra. Jedziemy. – Wyrocznia wcisnęła pedał gazu niemalże do dechy, ale zapomniała zmienić bieg z luzu na jedynkę. – Cholera…

Wrzuciwszy jedynkę wyjechała z parkingu i skręciła w lewo. Zaczęła przyspieszać coraz bardziej. Miała prawie sto trzydzieści na liczniku, kiedy nagle…

– Cholera jasna, One. – zaklęła szpetnie Wyrocznia. – Nienawidzę czerwonych świateł. – musiała zatrzymać się na czerwonych światłach.

Na sygnalizatorze zapaliło się żółte…

– Wyrocznio… – powiedział One. – Powinniśmy teraz skręcić w prawo.

– Co? Ach… Tak…

I po chwili zgasło żółte, a zapaliło się zielone. Wyrocznia powoli skręciła w prawo. Silnik wyraźnie chciał kopa, bo jego pomruki w porównaniu z mocą były bardzo słabe.

– One?

– Tak?

– Mogę zaszaleć trochę?

– No dobra, tylko nie za daleko, bo za dwie przecznice wysiadam.

– Okey! Trzymaj się!

Wyrocznia wcisnęła gaz do dechy. Ford rozpędzał się do coraz wyższych prędkości. Z pod maski było słychać charakterystyczne buczenie…

– To tutaj. – powiedział One.

– No, dobra. Życzę powodzenia, One.

– Dzięki. – One wysiadł z samochodu i zniknął w strugach deszczu.

Wyrocznia zawróciła z piskiem opon i pojechała w swoją stronę. One wyciągnął parasol i zaczął iść środkiem ulicy w nadziei, że spotka właściwą osobę. W końcu przywiodło go tutaj Przeznaczenie. Założył zaaaarąbiste, czarne okulary i zauważył, że wzdłuż chodnika ciągnie się grupa jakiś osób, nadzwyczaj podobnych do Agenta Smitha. Nagle na środek jezdni wychodzi…

– Mister Andersłoń! – Agent Smith. – Welcome back! Surprised to see me?(tłum. Witam ponownie! Zaskoczony moim widokiem?)

– Nie bardzo. Zważywszy na te wszystkie, twoje klony zdawałem sobie sprawę, że coś się wydarzy. – One wyrzucił parasol, wiedząc, że nie będzie mu potrzebny.

– Tak, więc panie Andersłoń, wie pan, że pana koniec jest bliski.

– Oj, nie wierzyłbym w to zbytnio.

– Ach, tak? – spytał nieco zdenerwowany Smith.

– O, tak. – odpowiedział One.

– Więc, panie Andersłoń… – Smith zacisnął dłonie w pięści. – Będę musiał pana unicestwić, a tymczasem reszta mnie będzie oddawać się obserwacji naszej walki.

– Niech się dzieje wola nieba! Z nią się zawsze zgadzać trzeba! – krzyknął One, po czym czas zwolnił.

Łyknął Mentosa i zaczął biec w stronę Smitha, który też zaczął biec, tyle że w stronę One. One chciał rzucić się na Smitha z pięścią, ale przypomniał sobie, że ma przecież bronie! Szybko dobył dwóch Berett i skoczył w stronę ściany. Odbił się od niej i zaczął ostrzeliwać Smitha. Mając trzydzieści nabojów powinien wykończyć drania, ale…

– Panie Andersłoń! Przecież to nieuczciwe! Ale ja się nie obawiam, bo moje klony mnie obronią. – i wtedy klony Agenta skoczyły przed niego i przyjęły wszystkie kule na siebie.

Niestety, One skończyła się amunicja. Wyrzucił Beretty i wylądował na ziemi.

– „Nie dam im rady.” – pomyślał One. – „Ale… Bejsbol!” – One szybkim ruchem wyciągnął spod płaszcza długiego, aluminiowego bejsbola. Chwycił go oburącz i spojrzał na Smitha. – I co teraz, frajerze?!

– Nie… Nie mam szans… Ale i tak spróbuję cię pokonać! Ty dresie!

– O nie! Wypraszam sobie, ty gnoju(…*&%#&*!…)!!! – wyklął potem jeszcze Smitha paroma niecenzuralnymi słowami.

Smith był w szoku.

– Klony!!! Brać go!!! – krzyknął Smith, po czym wszystkie klony rzuciły się na One.

One widząc, że musi skoncentrować się na obronie wyciągnął M4A1 i chwycił go w lewą dłoń, a bejsbola w prawą. One przykucnął wiedząc, że odrzut będzie nieco mniejszy. Czas zwolnił. One wziął zamach bejsbolem i zrobił obrót o 180 stopni, uderzając przy tym sporo klonów. Skrzyżował ramiona przekładając lewe nad prawe i zaczął ostrzał. Dwoma nabojami zabił pięć klonów, bo pociski przebijały się przez ciała niczym gorący nóż przez masło.

– Ale zaraz! Chwileczkę! Smith! Mieliśmy walczyć tylko ty i ja! – One przerwał walkę.

– A, no faktycznie. Ech… Klony. Rozejść się. – Smith spojrzał na One nieco zdegustowany.

– Teraz lepiej. I nie chrzań o nierównych szansach.

– No, dobra, dobra.

One nagle wyciągnął trzecią Berettę i w zwolnionym czasie wystrzelił w stronę Smitha. Smith nie wiedział co się dzieje. Nie zdążył zrobić uniku i… Oberwał kulkę prosto w łeb. Wtedy przestał padać deszcz. Smith padł na ziemię martwy, ale jak można nazwać kogoś martwym, skoro był tylko programem? Został… Wykasowany… Wszystkie klony Agenta rozbłysły niesamowitym blaskiem i po prostu… wybuchły. One zmęczony walką usiadł na ulicy. Wyciągnął Nokię. Zadzwonił.

– Linek? Gdzie jest najbliższa budka telefoniczna? – spytał dysząc ze zmęczenia.

– Hura! One! Udał ci się! Budka na rogu 51 Alei i 34 Ulicy.

– Dobra. Będę tam czekał. – rozłączył się, wstał i poszedł w stronę budki. – „Tylko, że to skrzyżowanie jest na drugim końcu miasta! Niech go cholera…” – pomyślał.

Zatrzymał się. Spojrzał w niebo, a potem na ziemię. Przyjął skupiony wyraz twarzy. Przykucnął na chwilkę i wybił się w górę niczym strzała, zdając sobie sprawę, że może latać. Zwrócił się w stronę swojego celu i poleciał tam. W pewnym momencie zadzwoniła Nokia One.

– One? Tu Linek. Pośpiesz się, bo maszyny mordują niedobitków!

– Okej.

Rozłączył się i wylądował obok budki telefonicznej. Podniósł słuchawkę i chciał zadzwonić. Ze słuchawki dobiegł głos.

– Wrzuć monetę. Wrzuć monetę.

One wsadził rękę do kieszeni i zaczął energicznie szukać dwudziestopięciocentówki. Po chwili wyciągnął monetę i wrzucił do slotu na monety. Zadzwonił.

– Linek, już jestem.

– Okej. Wczytuję…

I w tym momencie One zniknął z Matriksza, budząc się na pokładzie Nabucheddarnezzarze. Do One podszedł Morfeoosz.

– Mamy wielki problem.

– Jaki? – spytał One.

– Maszyny wybiły prawie wszystkich ludzi. Z tego co słyszałem w radiu damy radę dotrzeć do Zionu, aby spróbować go uratować.

– To w sumie nie ma sensu wracać. – odpowiedział One.

– Czemu?

– Bo nie ma dżemu.

– Zostało trochę w lodówce. – powiedziała Trinity, zajęta odczepianiem One od skomplikowanego urządzenia podłączającego do P.S.M.

– To dobrze, bo wiecie jak lubię bułki z dżemem. – powiedział One. – No, ale skoro prawie wszyscy zostali wybici, to jaki jest sens wracać?

– Ano, w sumie nie wiem. Nie ja piszę tę historyjkę. – odpowiedział Morfeoosz.

– Aha. To skoro wrócimy, a nikogo nie zastaniemy? A jak maszyny dorwą nas po drodze i rozszarpią na strzępy? Co wtedy będzie? – One chwycił się za głowę.

– To będzie ciężko.

– Naprawdę?

– No.

– Czyli nie ma sensu wracać.

– Chyba tak.

– To co teraz?

– Nie wiem. My tutaj nie przeżyjemy zbyt długo. Zalogujemy się do Matriksza, wyrąbiemy dla rozrywki tyle ludzi, ile nam amunicji starczy. Zginiemy prawdopodobnie przez pościgi policjantów, albo zabraknie energii na statku i padniemy trupem, ot tak, albo z rozpaczy rzucimy się z wieżowców popełniając samobójstwo. Jest wiele wariantów.

– To fajnie, ale… – One przerwał głos usłyszawszy jakiś stukot, jakby coś chodziło po kadłubie grawitolota.

– Niedobrze. Maszyny wiedzą, że my tu jesteśmy. – powiedział zaniepokojony Morfeoosz.

– Mamy jakieś szanse? – spytał One.

– Zero. To grawitolot do logowania się do Matriksza, a nie statek bojowy.

– No to fajnie. Zginiemy.

– No, niestety.

W tym momencie maszyny wdarły się do środka. Swoimi kończynami pozabijały załogę, a po zniszczeniu wszystkiego, czego się da podłożyły bombę. Kiedy odleciały statek wyleciał w powietrze.

I tak oto zakończyła się era panowania ostatniej kolebki wolnych ludzi, a rozpoczęła się era maszyn, które panowały na ziemi do końca świata… Natomiast rasa ludzka, która żyła w Matrikszie została zamieniona dosłownie w baterie, które służyły maszynom, jako źródło energii…

The End

Reżyseria:

Sid

Scenariusz:

Sid

Dialogi:

Sid

Autor oryginalny:

Sid

Pomysł:

Sid

©2004 by Sid