Przenigdy

2018. Trzydzieści lat od roku moich narodzin. Zawsze sobie wmawiałem, że nigdy, przenigdy nie wezmę ślubu przed trzydziestką. Przenigdy nie będę miał dziecka przed trzydziestką. Przenigdy.

Mając dwadzieścia parę lat nie widziałem, co ze sobą zrobić. Życie płynie z dnia na dzień. Nie chwytałem tych dni. Szukałem czegoś, co usprawiedliwiało moje bycie tutaj. Tutaj, na tej skale kręcącej się wokół siebie, wokół Słońca. Próbowałem znaleźć sobie jakieś hobby. Zainteresować się czymś. Stworzyć coś, wyrazić siebie, pokazać Światu, co myślę. A wokół nas jest wielu, którzy myślą podobnie do nas.

Wielu.

Napisałem kiedyś do takiej jednej dziewczyny. Później podaliśmy sobie wspólnie dłonie, na powitanie. Była ubrana na czarno. Ja też. Aczkolwiek jej poczucie stylu było znacznie bardziej wyważone od mojego. No bo co ja – jakieś czarne spodnie, koszulka. A w maju bywa gorąco. I było gorąco. Od samego początku przypadła mi do gustu. Podobne poczucie humoru, początkowa rezerwa, zdrowy rozsądek. Wspólne czerstwe dowcipy. Dzięki niej śmieję się codziennie, a ona dzięki mnie.

Jest moją żoną od wielu miesięcy. Jest najwspanialszą osobą, jaką znam. Opiekuje się mną jak małym dzieckiem. Lubię to, szanujemy siebie nawzajem. „Co on ma też mieć dobrze w życiu, niech się żeni” – śmieją się. Mają rację, ale często nie pokazują, jak jest naprawdę. Nie spodziewałem się tego. Chyba trafiłem na dobrą ścieżkę, kroczyłem po wielu dziwnie zakręconych, zasypanych, zastawionych znakiem „przejścia nie ma”.

Parę tygodni temu dowiedziałem się, że będę tatą. Wspólne starania zaowocowały, skutecznie. Pierwsza poważna próba i od razu strzał w dziesiątkę. Nie czułem się nigdy szczęśliwszy w życiu. Mała to rzecz. Dosłownie i w przenośni. Widząc podczas badania USG, jak rusza rękoma, nogami, obraca głową, wiedząc że to moje dzieło… Nasze dzieło. Wciąż nie mogę uwierzyć jak bardzo pojemny jest puchar z napisem „szczęście”.

Nie będzie lekko. „Poczekaj poczekaj, nie będziesz mógł spać po nocach, to się przekonasz jak to jest.” Zdaję sobie sprawę. Cały czas. Psychicznie się nastawiam, że to będzie duża i ciężka praca. Wielu moich przodków dzielnie dało radę. Inni ludzie dają radę. Sąsiedzi z góry dają radę (choć ich paromiesięczna córka potrafi nieźle się drzeć o trzeciej w nocy, przyznaję). Dlaczego ja, dlaczego my mielibyśmy nie dać rady?

Zawsze sobie wmawiałem, że nigdy, przenigdy nie wezmę ślubu przed trzydziestką. Przenigdy nie będę miał dziecka przed trzydziestką. Przenigdy.

Jestem szczęśliwy, nie ma znaczenia to, o czym myślałem wiele lat temu. A w życiu chyba chodzi o to, aby nie cierpieć, a być szczęśliwym.

PS. Udało mi się schudnąć 20 kilogramów. Przenigdy nie czułem się sprawniejszy. 😉

 

Reklamy

My Remembrance & My Butthurt

Z początku miały to być dwa oddzielne wpisy, ale z racji że nie mam od paru miesięcy weny, aby coś napisać, to zbierałem pomysły do jednego worka. Stąd tak jakby dwa wpisy w jednym… Kto wie, może oba tematycznie się połączą. W końcu w chwili pisania tego akapitu to co chcę przekazać na piśmie jest obecnie zbiorem myśli, słów – kluczy wokół których muszę dodać biszkopt, polewę i jakąś posypkę.

No i tu pierwszy problem. Trzeba od czegoś zacząć. „Najlepiej od początku” – ten zwrot jest tak cholernie głupi, że mnie głowa boli. Zwyczajnie trzeba się zebrać do pisania, nie zaprzątać głowy jakimiś pierdołami odwracającymi uwagę…

Okej, może teraz.

Ludzie z reguły chcą być pamiętani. Przez własne dzieci, wnuków, współpracowników, sąsiadów, pijaków pod sklepem, kota, psa, czy innej rybki. Chcą pokazać, że coś udało im się osiągnąć. Zwyczajnie pokazać „tu byłem”. Lata temu jak ktoś się postarał i był w miarę kumaty, mógł coś napisać, albo namalować. Albo wyrzeźbić. Fuck yeah – stworzyłem rzeźbę ludzkiej dłoni, i to tak realistyczną, że można się nią drapać po dupie i się nie odczuje różnicy (w porównaniu do żywej dłoni). Ludziska będą o mnie mówić przez setki lat po mojej śmierci, ha! A ty piekarzu z naprzeciwka to tylko sobie bochenki pieczesz codziennie, zero w tym pomysłu, aby jakoś się utrwalić w ludzkiej historii!

Obecnie mamy Internet. Rzecz całkiem niezłą jak i tragiczną dla ludzkości w obecnym niedorozwoju cywilizacyjnym. Nie chcę filozofować, jakoś mi na to przeszła ochota ostatnimi czasy.

Dostęp do Internetu ma coraz więcej ludzi. W związku z tym coraz również trudniej jest się przebić do mas ludzi, aby być tym fajnym, modnym i zapamiętanym. Choćby i na tydzień. Narysowanie czegoś artystycznie ładnego i ciekawego już nie wchodzi w grę. Rysować potrafi naprawdę sporo osób, i to niekoniecznie z naszego rodzinnego miasteczka. Jakiś gość zza oceanu narysuje to od ciebie lepiej i szybciej. Muzycznie to samo. Filmowo bywa różnie, zaraz to rozwinę dalej. Pisać każdy może, trochę kiepsko lub trochę gorzej. Nie ma gdzie się za bardzo wyróżnić.

WIEM! Napiszę komuś, że chujowo rysuje.

„Rysujesz tak chujowo gościu, że mi monitor sam w proteście zmienia kolory.”

Kogoś rozbolała dupa. Z pewnością autora, ale stara się być kulturalny.

„Ta, dzięki za krytykę.”

Krytyka – świetna sprawa. Nie musisz udawać grzecznego, zwykle mówisz wprost, co ci nie pasuje. A że kogoś obrazisz? No hej – tym lepiej! Publika się zbierze, będzie zabawnie.

Wow. I just lost my train of thought.

Za pisanie się wziąłem 21 sierpnia. Dziś jest 3 września. Ciężko mi się zebrać do pisania.

Internet został stworzony do dwóch rzeczy: porno oraz narzekania.

Dzięki porno mamy lepiej rozwiniętą technologię streamowania plików wideo. Blu-ray w PS3. I takie tam. Chwała im.

Narzekanie – ludzie lubią jak ich dupa boli. Lubią narzekać, być rasistami, homofobami i innymi jeżami. W normalnym życiu zabrania nam się narzekać, promuje się wolność, równość i braterstwo. Nie wolno obrażać kogoś, że jest gruby, bo się obrazi. Nie wolno kogoś nazwać pizdą, bo to seksistowskie. Takie tam. Ale trzeba gdzieś znaleźć ujście dla tego wszystkiego, inaczej nam dupa pęknie z bólu.

I oto JEST! Anonimowy, pełen niesamowitych możliwości INTERNET!  Ha, kogoś tam opierdolę, potrolluję, zwyzywam od najgorszych, powiem czarnemu, żeby wpierdalał dalej te swoje KFC i arbuzy.

No co? I tak się nie dowie kim jestem! Bo jestem ANONIMOWY! Pierdolnę se jakiegoś nicka, typu „whitepowerTroll”. I chuja mi zrobią.

Z biegiem czasu Internet staje się coraz bardziej powszechny. Już nie trzeba nawet mieć do tego peceta, wystarczy komórka która spokojnie obsłuży strony w necie. Powrzucasz zdjęcia, wejdziesz na fejsa. Poczytasz reddita i ponarzekasz z innymi, że gra na konsoli nowej generacji nie chodzi w 1080p i 60 klatkach na sekundę. Toż to kurwa chamstwo! Żeby programiści byli tacy tępi i nie mogli wyciągnąć w 1080p 60 klatek przy maksymalnej ilości detali?! Toż to kpina z postępu cywilizacyjnego!

Lubimy też, aby o nas pamiętano w ten, czy inny sposób.

W prawdziwym życiu coraz o to ciężej, w końcu zawsze się znajdzie ktoś lepszy od nas, w czymkolwiek. Ale w Internecie…

Oh boy! Jest tyle możliwości, aby się zapisać na kartach historii! Stronach historii? Hm.

Można się obsmarować gównem, własnym, no albo cudzym, co kto lubi. Potem wziąć smartfona (ugh…) i se jebnąć film jak się biegnie naćpanym metą przez miasto.  Bo czemu nie? Ludzie szukający coraz bardziej pojebanych rzeczy (bo oglądanie w kółko dziewczyn jedzących własne kupy w końcu się nudzi) łykną i to, zapiszą na jakichś stronach, zostanie to zapamiętane. Ludzie będą o tym pisać, tak przez tydzień, a potem nadejdzie ktoś jeszcze bardziej pojebany. I tak w kółko.

Po prostu… Naprawdę musimy robić coraz gorsze rzeczy, aby ktoś nas zauważył, bo rodzice nie poświęcali nam uwagi za młodu?

Ciąg dalszy z dnia 5 września. Widzicie, pisanie stało się dla mnie problematyczne. Dawniej myślałem, że pozjadałem wszystkie rozumy i potrafiłbym pisać na każdy temat. Dzisiaj… Dzisiaj jak widać cała para poszła w gwizdek. Będę słowem pisanym, pisanym klawiaturą, w postaci binarnej, zapisanym na jakimś dysku na jakimś odległym serwerze. Niech nam zabraknie prądu. Albo niech te dyski padną. Co wtedy zostanie? Nasze wspomnienie. Wspomnienie o tym, że poświęcaliśmy swój czas na tworzenie czegoś, co nie ma sensu, mieć go nie będzie, za to będzie dziwnym archiwum naszych myśli, tych chwilowych jak i myśli układanych w całość przez lata.

Może kiedyś sobie ściągnę moje wszystkie wpisy, ułożę ładnie w PDF-ie, a następnie wydrukuję? Taki nietypowy pamiętnik… To jest dobry pomysł.

Po przejrzeniu podglądu tego wpisu stwierdzam, że jest on o niczym. Do tego jest cholernie długi, nawet jak na mnie… Próbowałem, a zawiodłem, jak zawsze. Cóż, zawsze będzie można się zapaść ponownie pod ziemię na sześć miesięcy. 😉

Przesiąknięcie

Ostatnio zauważyłem, że coś jest ze mną nie tak, jeśli chodzi o słuchanie muzyki. Przez ostatnie mniej więcej dziesięć lat słuchałem głównie rocka, metalu i ich wielu odmian, choć trzymałem się z daleka od ich wyraźnie mocniejszych odmian. Nie cierpię zarzynania gitar, darcia mordy dla darcia się, co by mroczniej / ciężej było. Odkąd odkryłem Devina Townsenda, a to było jakieś chyba dwa lata temu, szczerze mówiąc to nie pamiętam, zaszła w moim guście muzycznym widoczna zmiana. W końcu poczułem, co naprawdę daje mi przyjemność ze słuchania.

Zastanawia mnie tylko skąd się to wszystko wzięło. Wiele lat temu, jak byłem gówniarzem w podstawówce i początkach gimnazjum, słuchałem, jak na tamte czasy, “dziwnej” muzyki. Wtedy jeszcze nie miałem komputera, a jak miałem to tragicznego trupa. W każdym razie moje słuchanie muzyki ograniczało się do słuchania starych kaset ojca – słuchałem głównie Queen albo Aerosmith, zdarzało się także słuchać na przykład Thin Lizzy. Jakimś cudem zaraziłem się później Jean Michel Jarrem. Chyba ktoś z naszej rodziny miał parę jego płyt i kaset, byłem ciekaw co to za muzyka. Dodatkowo JMJ nagrał bodajże motyw przewodni mistrzostw świata w piłce nożnej we Francji w 1998 roku. Hah, do tej pory pamiętam jak się za młodego zachwycałem jak Zidane strzelił piękną bramkę w meczu finałowym.

Byłem w tamtym okresie zafascynowany JMJ. Jego muzyka była zróżnicowana, momentami bardzo industrialna, czasem wręcz kosmicznie lekka. Towarzyszyła mi przez wiele lat podczas odrabiania lekcji, czy czytania komiksów (Kaczor Donald, bitch!). Muzyka elektroniczna w najlepszym wydaniu, tak myślałem.

Później przyszło gimnazjum, zetknięcie się z grupą osób wiecznie walczących o przywództwo w 23-osobowym stadzie. To był… Skomplikowany czas. Muzycznie przeszła mi ochota na elektronikę, także na starocie. Trzeba było być na czasie z resztą lepiej wiedzących, żeby nie zostać jeszcze bardziej odrzuconym. Koniecznie trzeba było słuchać jakiegoś mocniejszego rocka albo hiphopu. Uch… To był czas System of A Down. W ogóle był boom na numetal (tak, wiem – SOAD to nie numetal) i tym podobne. Fakt faktem, SOAD lubiłem, ale jakoś mnie bardziej ciągnęło do Linkin Park albo Limp Bizkit. Lubiłem słuchać Gorillaz, ale chyba głównie ze względu na ich klipy, wiecie – celshading i te sprawy. Podobało mi się to, muzycznie zresztą też. Ale nie grupce w gimbazie – zostałem wyśmiany za to, że słucham takiego syfu jak Gorillaz. Pokornie przestałem ich słuchać, choć w głębi serca wiedziałem, że to dobra muzyka jest. I śmiem twierdzić po 11 – 12 latach, że tak jest nadal. Linkin Park przeminął parę lat temu. Można stwierdzić, że skończyli się na albumie Meteora, potem zmiękli, zdarza się. Limp Bizkit zapadł się pod ziemię na jakiś czas, ale powrócili z nowym materiałem w 2011 roku, mocniejsi niż wcześniej. Good times. SOAD za to się zawiesił, ostatnio koncertują, ale ich los jakoś mnie średnio obchodzi.

Później nadszedł Slipknot, Deftones (których kocham i uwielbiam) i wiele innych zespołów. Rock i jego wszelkie odmiany wypełniały mi muzyczną pustkę.

Gdzieś po drodze napatoczyło się radio internetowe – Drone Zone. Mogłem go słuchać godzinami i faktycznie tak się zdarzało. W szkole średniej, mając już Internet, a także kolegów z różnymi zasobami empetrójek miałem dostęp do wielu różnych gatunków muzycznych. Wszystko jednak nadal oscylowało wokół rocka i metalu.

Nie zrozumcie mnie źle, ale nie wyobrażam sobie siebie słuchającego hiphopu czy jakiegoś reggae. Gusta są różne, nie warto o nich dyskutować.

W końcu po wielu latach, korzystając z last.fm, trafiłem na pewnego Kanadyjczyka grającego rock/metal alternatywny/progresywny. Był nim, oczywiście, Devin Townsend.

Szybkie bieganie po YouTube i zassałem jego pierwszy album – Accelerated Evolution. Byłem wniebowzięty. Gitary, perkusja, bass, tło dźwiękowe… Wszystko ze sobą współgrało, nie było surowo, miało klimat, po prostu to coś.

Nie napiszę, że “jest moc”. Kurwa, jak ja nie znoszę tego zwrotu.

Zdarzało mi się w technikum słuchać Riverside. Niby było spoko, ale coś mimo wszystko do końca nie grało. Było zbyt płytko. Nie wiem jak to wyjaśnić. Chyba nie lubię jak w utworach gitara basowa gra zbyt wysoko. Naprawdę nie wiem.

Do tego Devin, moim zdaniem, ma świetny głos. Idealnie mi pasuje do całej warstwy muzycznej. Chyba nigdy nie byłem aż tak zachwycony muzyką. Do tego jego ostrzejsze wydanie w postaci Strapping Young Lad spodobało mi się niezmiernie. Mimo że ich muzyka momentami zahaczała wręcz o extreme metal, to i tak dało się wyczuć rękę Devina. Plus chyba zadziałało to, że nie do końca było to śmiertelnie poważne. Lubię jak muzycy tworzą genialną muzykę i nie zachowują się jakby mieli przy okazji kij od szczotki we własnej dupie.

I tutaj wracamy do początku. Zmiana. Przesiąknięcie. Tyle lat słuchałem wiecznie czegoś co koniecznie musi mieć perkusję, gitarę lub więcej, a także wokalistę (nie wymagany). Ostatnimi czasy przyszedł Aphex Twin.

Richard David James, bo tak się ów twórca nazywa, stworzył dla mnie chyba idealny zestaw muzyki elektronicznej do słuchania. Od dark ambientu po acid techno. Uwielbiam jego Selected Ambient Works Vol. II. Uwielbiam jego Drukqs. I Care Because You Do. To nie jest jego cała dyskografia, fakt. Idźcie poszukać na Wikipedii, jeśli się wam chce. Mogę go słuchać niemal non stop, a i tak mi się nie znudzi.

Widzę, że moje słuchanie muzyki chodzi falami. Elektronika lub rock / metal. Po prostu się z tego cieszę. Że pomimo zniechęceń, wyśmiewań i tym podobnych, nadal trzymam się tego, co mi właśnie sprawia największą radość w życiu – słuchanie muzyki.

Jestem także cholernie wdzięczny swoim rodzicom. Spotykam się czasem z ludźmi, którzy wiecznie narzekają na swoich rodziców. Że jacy to oni źli, niedobrzy i w ogóle. Czy tylko ja mam szczęście trafiać na ludzi z takimi beznadziejnymi problemami, czy to moi rodzice są dla mnie najlepszymi rodzicami, jakich mógłbym sobie wymarzyć? Moi rodzice są świetni, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jak czasem mnie doprowadzają do białej gorączki, to innych bym nie chciał. I to dzięki właśnie ojcu się zaraziłem starszą muzyką rockową. Strasznie się z tego cieszę i życzę innym, aby im też było tak w życiu dobrze.

Pack your bags, kids

Galaktyki. W niesamowicie wielkich przestrzeniach kosmosu galaktyk jest zatrzęsienie. Wiele z nich oddalonych jest od nas całe lata świetlne. Nasi astronomowie są w stanie je dostrzec za pomocą potężnych teleskopów, tyle że światło które oni widzą może pochodzić sprzed milionów lat. Wszak światło ma ograniczoną prędkość i nie dociera do nas “natychmiast”. Zatem to co widzimy, może być miejscem, gdzie wiele cywilizacji właśnie wchodzi na swój szczyt. Albo wchodziło, nie wiemy co się tam dzieje w >tej< chwili. Ktoś w jakiejś galaktyce oddalonej od nas niezmierzone ilości kilometrów z pewnością zauważył naszą galaktykę – Drogę Mleczną. Być może nawet początki formowania się zaawansowanego życia na Ziemi.

To wszystko jest takie… wielkie. Wspaniałe. Smutne. Smutne, bo nie żyjemy w czasach, gdzie podróżowanie z Ziemi na Marsa i z powrotem nie jest czymś powszechnym jak wyjście z domu po chleb do sklepu.

Nie dziwi zatem, że ludzie wymyślają sobie bogów. Muszą sobie jakoś usprawiedliwić swoje podłe życie, licząc na jakieś łaski po śmierci i tak dalej. Trzeba też jakoś wyjaśnić “skąd to wszystko się wzięło”. No bo żeby tak z niczego? Toż to bez sensu.

Rura montowana w kiblu w jakimś domu będzie bezużyteczna za 100 lat.

Nie jestem akurat naukowcem, żeby się wypowiadać na takie tematy. Po prostu czasami fajnie jest spojrzeć w nocne niebo i pomyśleć, że ludzkość dopiero raczkuje jeśli chodzi o rozwój cywilizacyjny…

KOLEJNY WPIS – CZĘŚĆ KTÓRAŚTAM

Zaniedbałem znowu bloga. Tak, wiem – moja wina. Nie musicie mi mówić, sam zdaję sobie z tego sprawę. Dobrze wiecie, że u artystów czasami kiepsko bywa z natchnieniem. A brak własnej muzy potrafi się na inspiracjach odbić jeszcze gorzej. Trzeba by od czegoś zacząć, w końcu nie odzywałem się od paru miesięcy…

Mam parę koleżanek, z którymi zdarza mi się gadać na różne tematy. Niestety one zwykle ograniczają się do narzekania jakie to ciężkie mają życie, jakie to nie są pewne swoich związków, jak to po głowie chodzi im zdrada (bo brakuje tego “czegoś”), albo nie wiedzą, co mają w ogóle robić. Jakbym był jakąś wyrocznią. Mógłbym wam powiedzieć kiedyś, że trzymam z wami kontakt tylko dlatego, ze lubię się patrzeć na wasze cycki bądź tyłki na zdjęciach na FB.  Jestem facetem, czasem mam inne spojrzenie na świat, ale nie pytajcie mnie, co robić w takiej lub innej sytuacji. Mogę wyrazić jedynie moje zdanie na dany temat, ale nie będę podejmować za was decyzji. To musi należeć do was. Chyba że jesteście takie kiepskie w ich podejmowaniu, że trzeba wam kogoś kto walnie was tym przysłowiowym kafarem w łeb, aż się otrząśniecie z letargu.

Widać pewnie dlatego jestem sam, bo nie mogę znieść czyjejś nieporadności… Jeden temat za nami.

Byłem jakiś czas temu w kinie w Krakowie, na dwóch filmach. The Dark Knight Rises oraz Prometheus (w wersji 3D).

Batman lekko mnie zawiódł. Akcja działa się zbyt szybko (jak na film tej klasy),  ale to moje odczucie… Wątki rozpoczynały się szybko i równie szybko gasły. Poza tym mam wrażenie, jakby Nolan dodał do filmu jeszcze 30 minut (film w sumie trwał jakieś dwie i pół godziny) to by wszystko ładnie się ułożyło. Tom Hardy świetnie zagrał Bane’a.

Następnie obejrzałem Prometheusa. Jest to film Ridleya Scotta, reżysera pierwszego Aliena, czy Blade Runnera. Akcja filmu dzieje się przed wydarzeniami znanymi z Obcego. Choć myślę, że Scott poszedł trochę na łatwiznę i zrobił copy-paste na głównych założeniach scenariusza. Czuć bardzo mocną inspirację Alienem. Wizualnie film jest przepiękny, momentami czułem nawet trochę Mass Effecta. Czekamy na kolejne części.

A propos Mass Effecta. Jakiś czas temu Bioware/EA wydali Extended Cut do Mass Effecta 3, czyli rozszerzoną wersję zakończenia.

Wydali ExC jako darmowe DLC, dobre i tyle. Zakończenie faktycznie zostało coś tam poprawione, ale bardziej to wyglądało na sztruksowe łaty zaszyte na dziurach w jeansowych spodniach. Niby jest lepiej, ale lepiej byłoby wymienić całość. W każdym razie powoli mnie nachodzi na kolejną partię Mass Effecta.

Hm… Chciałem wspomnieć o czymś jeszcze…

Aha. Piosenki o “miłości” w stacjach radiowych.

Kurwa mać. Czy ludzie nie potrafią tam marudzić o tym, jak to się źle zakochali i im smutno, albo się dobrze zakochali i pieją jak jebnięte skowronki? Albo “dmuchnij mi w gwizdek, babo”, co znaczy tyle co “weź mi obciągnij”. Albo “jesteśmy pijani, imprezujemy i chuuuuuuj”. Albo ta popierdolona do reszty piosenka z Facetów w Czerni 3.

I jeszcze o radiu!

Dlaczego w radiu puszczają debilne reklamy jakichś lekarstw na brudną piczę, albo bolącą dupę (w domyśle – hemoroidy)… Może w końcu jakaś reklama pasty na wydłużenie penisa, hę? HĘ? Ale widać (a raczej słychać), że grupą docelową tych reklam są biurkowicze i inne urzędasy. Dupa boli od siedzenia, a picza pali i swędzi z niedomycia. Łot cała filozofia, panie!

Tak, radio musi mi robić czasem za tło dźwiękowe, a specjalnego wyboru niestety nie mam. I tak cierpię, przez pół dnia, albo i dłużej…

HOLY SHIT I’M STILL ALIVE

Ta, wbrew obiegowej opinii nadal oddycham i dostarczam ludziom różnej dawki (także różnej jakości) rozrywki.

Postanowiłem zrezygnować z comiesięcznego zakupu CD-Action. Teraz nauczyłem się znajdować aktualniejsze i ciekawsze informacje nt. gier, więc czasopismo jest mi już raczej zbędne… Będę je kupować raz na jakiś czas, zwłaszcza jak wpadnie im jakiś ciekawy tytuł do grania.

Zjadłem truskawki z bitą śmietaną, zajebiste były. Tak, możecie mi zazdrościć, ewentualnie wciskać “ile to kalorii” i takie tam pierdolenie. Hej – i tak jestem gruby, więc mam to gdzieś. Zakochanie

Ostatnio mam dziwne problemy ze snem. Przewracam się z boku na bok, śnią mi się totalne głupoty (jak na przykład półnaga dziewczyna siedząca na jakimś biurku, a ja obok niej, oboje w jakimś pokoju parterowego pawilonu). Pewnie to wina ostatnio dziwnawej pogody – zimno, wieje, gorąco, praży, deszcz, słońce… Tak w kratkę.

Nadal jestem zajęty, jakby się jacyś ciekawscy znaleźli. Uśmiech z językiem

Ostatnio również naszło mnie na słuchanie Toma Waitsa.

Tom Waits – Clap Hands

Hm, jak widać kiepsko u mnie z jakąkolwiek weną. A żeby cokolwiek napisać, to wręcz muszę się zmusić. Uśmiech z językiem

Global domination and population

Dlaczego krzyczymy na bogatych i wielkich tego Świata?

Dlaczego krzyczymy na nich, że są zepsuci, że chcą tylko większego majątku i mieć tylko wszystko dla siebie?

Pomijam zwykłą chciwość, każdy z natury jest chciwy. Dodatkowo od małego jesteśmy programowani, żeby chcieć więcej i więcej wszystkiego, co niekoniecznie musi być dla nas użyteczne. Bo taka moda. Inaczej zostaniemy wykluczeni ze społeczeństwa, bo mamy chujowy telefon, bez aparatu z ośmioma megapikselami. Co najmniej.

Ale czy faktycznie ci ludzie, którzy są u władzy tego Świata mają wyłącznie złe intencje mające na celu zniewolenie ludzi?

My możemy tak to odbierać, bo my jesteśmy tą niższą warstwą społeczeństwa. Bo nie mamy takiego majątku i/lub władzy, aby spróbować zmienić cokolwiek. “Demokratyczne” wybory pomijam, bo często są odpowiednio zaprogramowaną przez media manipulacją społeczeństwa.

Przypuśćmy, że jesteś kimś bogatym i mającym władzę. Widzisz, że liczebność ludzi na Świecie wzrasta w zastraszającym tempie, zużywając jednocześnie olbrzymie ilości surowców naturalnych. Brakuje żyznej ziemi, aby można było efektywnie wyprodukować żywność dla stale zwiększającej się populacji. Powierzchni uprawnej nie da się zwiększać w nieskończoność. Chemia nam pomaga wytworzyć coraz więcej pokarmu w coraz szybszym tempie, ale jakim kosztem – wiele chorób jest wywołanych przez groźne chemikalia stosowane do zwiększenia plonów, bo organizm ludzki spotyka się z czymś takim po raz pierwszy. Będąc tym kimś bogatym, podejmujemy wraz z innymi nam podobnymi osobami, że trzeba coś z tym zrobić w końcu, bo ludzkość trawi Ziemię jak jakiś rak. Trzeba nad ludźmi kontroli, bo inaczej sami siebie zaczną wyrzynać jak niewinne owce. Choćby z tak idiotycznych powodów jak religia. Trzeba ograniczyć ich zdolność rozmnażania się, aby przyrost naturalny utrzymać w sensownych granicach. Wystarczy dodać do wody albo pożywienia związków chemicznych, które spowodują zmniejszenie produkcji plemników u mężczyzn. Równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana, a z ludźmi jest to niezwykle trudne do osiągnięcia.

Ludzie są egoistyczni. Myślą tylko o sobie. “Co z moimi prawami?!” Czasami postępując nierozważnie powodujemy, że ktoś, kto jest od nas silniejszy, w końcu zacznie zaciskać na nas coraz ciaśniejszą pętlę. Czy naprawdę aż tak bardzo różnimy się od zwierząt?