Mass Effect 3

Tekst ten będzie zawierał duże ilości spoilerów, także nieobeznanych w temacie bądź tych, którzy jeszcze nie grali – lojalnie ostrzegłem.

Gra. Historia. Postaci. Wybór. Te cztery słowa w dużej mierze określają, czym jest trylogia Mass Effect. Trzecia część teoretycznie jest zakończeniem historii Commandera Sheparda (tak, będę operował angielskimi nazwami). Dlaczego “teoretycznie”? O tym wspomnę później. Trzeba od czegoś zacząć…

Trylogie mają to do siebie, że bardzo często zawierają narodziny, życie, a na końcu śmierć bohatera. Przykładem takiej trylogii może być trzyczęściowa historia Neo w Matriksie. Od samego początku byliśmy (fani ME) świadomi tego, że historia Commandera Sheparda będzie podzielona na trzy części. Że Shepard może dokonać niemożliwego i w ostateczności poświęcić siebie samego dla dobra ludzkości.

Każdy fan ME przechodził grę według swojej wizji i przekonań, tworząc idealny obraz Pasterza, który jest w stanie ocalić galaktykę. Dzięki heroicznym wyczynom w pierwszej części udało się nam pokonać Sovereigna, mimo że czasem musieliśmy dokonać ciężkich wyborów. Zwykle starałem się w takich sytuacjach wybierać mniejsze zło. Mój Shepard nigdy nie był do końca Paragonem, ani też Renegatem. Cel uświęca środki i nie zawsze warto być chłopcem o złotym serduszku. Pomógł mi w dużej mierze Garrus Vakarian, który swoim postępowaniem i zachowaniem zachwycił mnie od początku. Mimo że nie może jeść tego samego jedzenia, co ludzie (i na odwrót), to jego chęci działania i powstrzymywania zła (choćby za wszelką cenę) sprawiły, że ten sarkastyczny Turian na stałe zapisał się na kartach historii pt. “Mój ulubiony bro w grze komputerowej”. I myślę, że nie tylko mi on przypadł do gustu.

W drugiej części przeżywamy własną śmierć. Jest to jeden z “ulubionych” zabiegów wykorzystywanych w sequelach do znanych gier, gdzie można rozwijać postać. Zmartwychwstanie albo amnezja. Mogliby się bardziej postarać…

W każdym razie, na początku solidnie obrywamy od statku Collectorów, nasza Normandy rozpada się na kawałki, a nam udaje się uratować większość załogi… Za to nasze szczątki spadają na pobliską planetę, aby w końcu spocząć na wieki… Ale nie. Nie dadzą nam spokoju, trzeba jakoś ciągnąć dalej serię z Shepardem. Na scenę wkracza (świetnie zagrany głosem przez Martina Sheena) Illusive Man. To chyba jeden z najbardziej stylowych i ciekawych czarnych charakterów stworzonych na potrzeby gier komputerowych. Jest chyba chłodniejszy od samego Sheparda, a jego wielkim marzeniem jest ujrzeć, jak rasa ludzka wyrasta na galaktyczną potęgę. Za wszelką cenę, rzecz jasna. Dlatego trzeba wskrzesić Commandera, bo ten bardzo by się przydał Cerberusowi, organizacji którą kieruje Illusive Man. Jako, że jesteśmy martwi, to nią mamy żadnego wpływu na to, co się z nami po śmierci dzieje. Pierwsze przebudzenie po dwóch latach i koszmarnie drogim procesie odbudowy nie należy do najciekawszych. Zostajemy ponownie uśpieni, by za jakiś czas obudzić się, bo pora uciekać z Projektu Lazarus, które jest pod wyjątkowo silnym oblężeniem. Później dowiadujemy się, że ludzie są porywani z kolonii w całej galaktyce przez Collectorów – rasę obcych zindoktrynowanych przez Reaperów. W jakim celu? Tego nie wiadomo. W międzyczasie musimy zdobyć ekipę, która jest chętna udać się na misję samobójczą i zniszczyć bazę Collectorów, która swoją drogą znajduje się w centrum galaktyki. Ale spoko – damy radę. Lub nie. Pod koniec, jeśli uda nam się zebrać odpowiednio silny zespół (w tym m. in. Garrusa i Tali z poprzedniej części), to mamy dość duże szanse, aby przeżyć tą cholerną misję. Jeśli uda nam się ocalić wszystkich, w tam własny tyłek, możemy grać dalej, aby wypełniać pominięte zadania poboczne oraz zaliczyć zakupione DLC. Fajnie.

W tym roku, po wielkich nadziejach, zapowiedziach i oczekiwaniach nadeszła część trzecia.

To miało być wielkie i epickie zakończenie trylogii. Z niesamowitymi zwrotami akcji, wzruszającymi momentami oraz kosmicznym rozmiarami zakończeniem, które mieliśmy zapamiętać do końca życia.

Zaczynamy na Ziemi. Jesteśmy udupieni z powodu, że w DLC do części drugiej – The Arrival – zniszczyliśmy Mass Relay, którego wybuch spowodował zniszczenie systemu planetarnego, zabijając przy tym setki tysięcy Batarianów. Zostaliśmy wyrzuceni ze służby, czekamy na swój proces… A tymczasem Reaperzy już atakują galaktykę i zbliżają się do Ziemi… Zanim nasza rozprawa na dobre się zaczyna, dostajemy informację, że baza na Księżycu zostaje obrócona w pył, a to oznacza…

Za oknem pojawia się Reaper, który swoim “czerwonym promieniem śmierci” dewastuje dziesiątki budynków i morduje setki ludzi. Wojna rozpoczęła się u nas…

Shepard wraz z kapitanem Davidem Andersonem muszą się dostać na pokład odebranej Cerberusowi Normandii, aby uciec z Ziemi i ubłagać Radę Cytadeli, aby ich rasy pomogły Ziemianom bronić swojej planety… Trochę to śmierdzi egoizmem, bo reszta ras też obrywa po dupie i musi się martwić o siebie. Ale to nasz Shepard sprawi, że zjednoczy galaktykę. To nasz Shepard sprawi, że rasy, które są w konfliktach od lat, staną razem, ramię w ramię i skopią dupę syntetycznemu ścierwu, które zbiera żniwa co 50 tysięcy lat. To nasz Shepard stanie sam na sam, twarzą w twarz z jednym z nich i dzięki pomocy sprzymierzeńców walących na całego ze wszystkich luf pokona jednego z Reaperów. W końcu, gdy uda nam się zebrać wystarczającą ilość pomocy z całej galaktyki, ruszamy w stronę Ziemi, w okolice której w między czasie przeniesiona została Cytadela. Ale to nam się udało zbudować broń, która z połączeniu z Cytadelą, będzie w stanie zakończyć żywot Reaperów i sprowadzić spokój na Drogę Mleczną. I wiemy, że nawet jeśli się nam nie uda, to i tak możemy być pewni, że udało się nam dokonać niemożliwego – zjednoczyć wszystkich, całą różnorodność poglądów, moralności, ras i planet w jedność, która jest w stanie zmienić oblicze tego świata na zawsze. I to wszystko dzięki nam…

Dostajemy się na powierzchnię Ziemi, aby stamtąd zostać przeniesionymi na zamkniętą Cytadelę i uruchomić najstraszniejszą – bo nigdy nie sprawdzoną – broń jaką widział wszechświat.

Dziwnym trafem miejsce “promienia przenoszącego” jest w Londynie. Widać Reaperzy lubią operować według czasu GMT.

Przebijamy się przez zrujnowane ulice. Garrus I James i mego boku dzielnie prują do wszystkiego co się rusza i ma zamiar pozbawić nas życia. Shepard się również nie opieprza – jako vanguard szarżuje na przeciwników i częstuje ich ogniem ze swojego shotguna. Akcja, akcja i jeszcze raz akcja. W końcu, po pokonaniu kolejnego Reapera, udaje się nam dotrzeć do łysego pola wiodącego do promienia.

To jest to, pora na ostatni atak, nikt nie odpuszcza, komu się uda dotrzeć do Cytadeli, ma za zadanie odnaleźć miejsce, z którego może odpalić Crucible połączonego z Cytadelą.

Shepard biegnie co sił, ale tuż za promieniem ląduje… nasz główny przeciwnik z części drugiej, którego mieliśmy tylko okazję poznać, przez zindoktrynowane armie mięsa armatniego. Przed państwem sam Harbinger – największy i najstarszy Reaper, jakiegokolwiek mieliśmy okazję widzieć. Pomijam to, że Harbinger jest bardzo zainteresowanym samym Shepardem, jako niezwykle silną jednostką.

Harbinger odpala swój “czerwony promień śmierci”. Giną żołnierze wokół nas… Nam się udaje jakoś uciec przed niechybną śmiercią, biegniemy, unikamy… Kiedy nagle… Promień dopada nas…

Białe światło. Nie żyjemy? Co się z nami dzieje? Koszmarny ból. Hałas ustał. Na naszym ciele trzymają się resztki pancerza. Musieliśmy oberwać naprawdę mocno. Krwawimy z wielu miejsc, ale nic to – nie takie momenty udało się przeżyć… Świat wiruje. Śmierć… Wokół nas setki ciał… Niektórzy umierają pod naszymi stopami… Dla nich ten koszmar się skończył… A przed nami… 20 metrów niesamowicie bolesnego spaceru. Jakimś cudem przeżyliśmy atak i musimy się dostać do białego promienia… Uda nam się… Jeśli się nie wykrwawimy przedwcześnie… Nogi zatopione w ołowiu zmuszamy do poruszania się. Mamy ze sobą tylko pistolet… Po drodze wyskakuje kilku drobnych przeciwników, zapewne po to aby nie zanudzić gracza na śmierć.

Udaje się nam dostać na górę, jesteśmy na Cytadeli. Po chwili Anderson mówi przez radio, że poszedł za Shepardem, a mimo wszystko udaje mu się go wyprzedzić, dzięki czemu to on pojawia się przed konsolą do odpalenia Cytadeli. Dziwnie się porusza… Ktoś nad nim przejął władzę i nie może się poruszyć. Po chwili na scenę wkracza… A jakże by inaczej – sam Illusive Man! Napięcie sięga zenitu, on chce udupić nasz plan!

On chce, abyśmy kontrolowali Reaperów. Tymczasem on nie może kontrolować samego siebie – został zindoktrynowany przez… No właśnie. Strzela sobie w łeb, bo już na niego za późno. W międzyczasie postrzelony w brzuch Anderson pada na podłogę. Shepard resztką sił dopada konsoli i otwiera Cytadelę… To już koniec. Siada obok Andersona, który mówi, że jest dumny z Sheparda… Umiera, albo traci przytomność, tego nie wiemy. Shepard zostaje sam i dostaje komunikat od…admirała Hacketta. Crucible nie odpala… Shepard nie widząc już na oczy próbuje dotrzeć do konsoli i coś wcisnąć… Pada na twarz i…

Trafia do nieba.

Zostaje magicznym sposobem przeniesiony piętro wyżej. Tuż pod samego Crucible. Tam trafia na…

Catalysta. Magicznego bożego chłopca – hologram. Dostajemy informację, że mamy do wyboru trzy opcje!

Możemy przejąć kontrolę nad Reaperami (Illusive Man miał rację!), zniszczyć całe syntetyczne życie w galaktyce (nawet pomimo tego, że Shepard sam po części ma syntetyczne części), albo – ostatecznie – połączyć życie organiczne z syntetycznym i wprowadzić całą galaktykę na nową drogę ewolucji.

Sorry, but – fuck that.

Mój Shepard dzielnie postanowił rozpieprzyć całe syntetyczne życie w galaktyce. Że pokój nie wytrwa? Damy radę. Pierwszy raz od milionów lat nam się uda, więc to my stworzymy historię…

Kilka wybuchów później otrzymujemy – Sheparda ginącego w wybuchu, kosmiczny wybuch w wykonaniu Crucible, przekazanie tejże energii do każdego Mass Relay w galaktyce, przez co one same wybuchają, a następnie Joker próbuje uciec przed czerwonym wybuchem, bez powodzenia. Ląduje na jakiejś zielonej planecie i wychodzi z dwoma członkami naszej załogi. W moim wypadku Tali (którą pokochałem w drugiej części ME) oraz Javik. Jeszcze tylko krótki urywek, jak leżący gdzieś w gruzach Shepard łapie oddech… To w końcu umarł, czy nie?

Napisy końcowe. “Epilog” w postaci dziadka z głosem Buzza Aldrina i jego wnuka, pytającego o więcej opowieści na temat Sheparda. Następnie komunikat o tym, że możemy powiększać legendę Sheparda przez zakup DLC lub grać od nowa.

FIN.

I wiecie co? Przez dwa dni byłem struty tym zakończeniem. Najbardziej nielogicznym, pełnym błędów i dziur zakończeniem jakie chyba miałem okazję spotkać w całym swoi życiu. Dobrze wiecie, że uwielbiam się angażować emocjonalnie w dobrze napisane historie. Historia trylogii Mass Effect wciągnęła mnie bez reszty od samego początku. Jest to niesamowita opowieść, z genialnie pokazanymi postaciami i momentami, które na dłuuuugo zapadną mi w pamięć – na przykład scena jak Shepard i Garrus robią wypad na pewne miejsce w Cytadeli, na które nie można się dostać z powodu 137 regulacji i przepisów. Kogo to obchodzi, kiedy trwa wojna, trzeba jakoś odreagować… A pewien moment z Tali tak mi złamał serce, że musiałem wczytać ponownie grę, grając misję od nowa, bo nie mogłem wytrzymać z powodu… No, domyślcie się.

Bioware obiecało nam, że nie dostaniemy zakończenia w stylu wyboru między A, B i C… A tak właśnie się stało. I jedyną różnicą między nimi są właściwie kolory wybuchów.

Fani na całym Świecie są oburzeni postępowaniem BW. Zostaliśmy zwyczajnie przez nich naciągnięci i okłamani, bo oczekiwaliśmy zakończeń zdecydowanie różnych, zależnych od tego jakie decyzje podjęliśmy przez TRZY gry. Pod koniec cały wysiłek włożony w postępowanie według naszego sumienia, poznawanie wszystkich postaci i zaznajamianie się z całym światem Mass Effecta zwyczajnie poszło w piach, bo niezależnie od tego co zrobiliśmy i tak do wyboru dostaniemy te same, niemal identyczne zakończenia.

Internet w ciągu tygodnia od wydania Mass Effecta 3 wręcz się zagotował, nie powiem – mnie też to poruszyło, bo oczekiwałem czegoś więcej, jakiegoś wyjaśnienia o co chodzi, a nie pozostawienia większej ilości pytań.

Skoro wszystkie Mass Relays trafił szlag, to co będzie z całą galaktyczną siłą skupioną wokół Ziemi? Jak wrócą na swoje planety macierzyste? Czy nie pozdychają z głodu?

To naprawdę małe pytania, przy niektórych większych dziurach w historii w trzeciej części.

Teraz ludzie oczekują – i mają prawo – żeby Bioware to wszystko naprawili. Dostaliśmy niedokończony produkt. Albo specjalnie zubożony, aby wytworzyć większe zamieszanie (na temat reakcji fanów na zakończenia wypowiadał się między innymi Forbes albo CNN lub BBC) a potem upchnąć prawdziwe zakończenie jako DLC za jakieś 10 euro. A Bioware chowa łeb w piasek udając, że nic się nie stało, tak miało być, zakończenie miało wywołać pełno spekulacji. Fanów trafił szlag. Nie chcemy spekulacji. Chcemy odpowiedzi. Nie chodzi o to, że chcemy DOBRE ZAKOŃCZENIE. Nie, my chcemy wyjaśnienia, nawet jeśli całą galaktykę ma trafić szlag. Chcemy faktycznie różnych szesnastu zakończeń. A nie zakończeń polegających na wybraniu koloru wybuchu. Chcemy zakończeń, które są różne ze względu na wybory podejmowane czasem i przez setkę godzin.

Na początku wspomniałem o Matriksie. Ludzie wieszali psy na autorach, że zakończyli trzecią część nie odpowiadając na podstawowe pytania (co się stanie z ludźmi, którzy przeżyli w Zionie itp).

To samo zdarzyło się w Mass Effect 3. Bioware dało dupy na całej linii i za to zostanie zapamiętane. Nie za to jak wspaniałą ta trylogia była. Tylko za to, że zakończyli ją w najbardziej prymitywny i nieprzemyślany sposób.

Tak BTW to nie podoba mi się reakcja branżowych stron na temat gier. Oni nam mówią, że źle odbieramy zakończenie. Że nie MAMY PRAWA, aby się oburzać z powodu zakończenia, bo według nich (tzn. żurnalistów) jest wspaniałe i w ogóle gra zasługuje na 11/10. Faktycznie, zasługuje na 10/10, ale ostatnie 15 minut rujnuje całość w okrutny sposób, robiąc z graczy idiotów. Jakim kurwa prawem pismaki mają prawo nam mówić, co mamy czuć? Czy właśnie nie tak działa kapitalizm? Skoro się nam coś nie podoba i żądamy zmian, to twórca danego produktu powinien się dostosować? Powinien. Ale nie w branży gier, gdzie dla wydawców liczą się dobre oceny w wykupionych czasopismach, na stronach zliczających średnie gier (minimum 90%, minimum!), sprzedaż z dnia pierwszego i potężna kampania reklamowa. Później ludzie mogą sobie narzekać, ale to że zarobili grubą kasę, liczy się najbardziej. A że ludzie potem będą BŁAGAĆ o DLC z lepszym zakończeniem? No to chyba spełnił się mokry sen jakiegoś marketingowca, musiał dostać niezłą premię za ten pomysł.

To nie jest fair wobec nas. Wobec graczy.

Co to za przemysł, który celowo zubaża swój produkt, aby osiągnąć lepszy zysk? To smutne w jakim kierunku zmierza branża gier… Od dawna mówiono, że DLC to problem dla konsumentów. Ale my też jesteśmy idiotami. Zgadzamy się na takie praktyki, a potem otrzymujemy gorszy produkt pierwszego dnia, do którego można od razu zakupić pakiet DLC za 10 euro… Mimo, że za grę zapłaciliśmy już spore pieniądze…

To smutne…

Reklamy

Global domination and population

Dlaczego krzyczymy na bogatych i wielkich tego Świata?

Dlaczego krzyczymy na nich, że są zepsuci, że chcą tylko większego majątku i mieć tylko wszystko dla siebie?

Pomijam zwykłą chciwość, każdy z natury jest chciwy. Dodatkowo od małego jesteśmy programowani, żeby chcieć więcej i więcej wszystkiego, co niekoniecznie musi być dla nas użyteczne. Bo taka moda. Inaczej zostaniemy wykluczeni ze społeczeństwa, bo mamy chujowy telefon, bez aparatu z ośmioma megapikselami. Co najmniej.

Ale czy faktycznie ci ludzie, którzy są u władzy tego Świata mają wyłącznie złe intencje mające na celu zniewolenie ludzi?

My możemy tak to odbierać, bo my jesteśmy tą niższą warstwą społeczeństwa. Bo nie mamy takiego majątku i/lub władzy, aby spróbować zmienić cokolwiek. “Demokratyczne” wybory pomijam, bo często są odpowiednio zaprogramowaną przez media manipulacją społeczeństwa.

Przypuśćmy, że jesteś kimś bogatym i mającym władzę. Widzisz, że liczebność ludzi na Świecie wzrasta w zastraszającym tempie, zużywając jednocześnie olbrzymie ilości surowców naturalnych. Brakuje żyznej ziemi, aby można było efektywnie wyprodukować żywność dla stale zwiększającej się populacji. Powierzchni uprawnej nie da się zwiększać w nieskończoność. Chemia nam pomaga wytworzyć coraz więcej pokarmu w coraz szybszym tempie, ale jakim kosztem – wiele chorób jest wywołanych przez groźne chemikalia stosowane do zwiększenia plonów, bo organizm ludzki spotyka się z czymś takim po raz pierwszy. Będąc tym kimś bogatym, podejmujemy wraz z innymi nam podobnymi osobami, że trzeba coś z tym zrobić w końcu, bo ludzkość trawi Ziemię jak jakiś rak. Trzeba nad ludźmi kontroli, bo inaczej sami siebie zaczną wyrzynać jak niewinne owce. Choćby z tak idiotycznych powodów jak religia. Trzeba ograniczyć ich zdolność rozmnażania się, aby przyrost naturalny utrzymać w sensownych granicach. Wystarczy dodać do wody albo pożywienia związków chemicznych, które spowodują zmniejszenie produkcji plemników u mężczyzn. Równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana, a z ludźmi jest to niezwykle trudne do osiągnięcia.

Ludzie są egoistyczni. Myślą tylko o sobie. “Co z moimi prawami?!” Czasami postępując nierozważnie powodujemy, że ktoś, kto jest od nas silniejszy, w końcu zacznie zaciskać na nas coraz ciaśniejszą pętlę. Czy naprawdę aż tak bardzo różnimy się od zwierząt?

Siedzisz w drogiej restauracji…

… i czekasz na swoje ulubione danie. Oczekiwanie nieco się przeciąga, ale to nie problem. Postanowiłeś wpaść tutaj po ciężkim dniu. Miałeś ich ostatnio zbyt wiele, więc warto się nieco zrelaksować. Krzesło, na którym siedzisz jest obite ciemnoczerwonym materiałem. Środkowa część oparcia również jest nim powleczona, jesteś pod wrażeniem że nic się tutaj nie zmieniło od lat. Stoły z ciemnego drewna okryte kremowymi obrusami, na nich serwetki. Na stołach w części przeznaczonej dla par są poustawiane świece w dekoracyjnych świecznikach. Pora jest już dość późna, na sali zajęte jest tylko kilka miejsc. W tej restauracji można było palić od niepamiętnych czasów. Chyba od samego początku, kiedy właściciel ją zakładał w latach pięćdziesiątych. Twoją uwagę przykuwa na chwilę mężczyzna siedzący kilka stołów dalej. Oświetlenie jest delikatne, lekko przygaszone, wprowadza gości w dobry nastrój. Ten mężczyzna ma ciemne okulary i widać, że sporo już przeszedł w życiu. Trzyma w rękach dymiące cygaro. To właśnie ten zapach sprawił, że zacząłeś się rozglądać za jego źródłem. Wszystko tutaj jakby płynie w zwolnionym tempie. Nawet deszcz za oknem… Muzyka wprawia cię w dobry humor. Życie… Nie jest takie złe…

http://www.rainymood.com/

Tak, polecam otworzyć tą stronę, a następnie włączyć muzykę. Puszczam oczko

15

Zauważyłem ostatnio, że każdy nowy wpis pojawia się u mnie mniej więcej w połowie każdego miesiąca. Czemu akurat tak? Nie mam pojęcia. Widać z moją weną do pisania jest coraz gorzej. Uśmiech z językiem Jakoś nie jest mi łatwo znaleźć temat, na który mogę coś napisać. Choć szczerze mówiąc jakoś nie mam ochoty na kolejne samobiczowanie się, czy coś.

Mamy początek roku. Zimę niemal od miesiąca, a dopiero wczoraj sypnęło porządniej, a temperatura jest na tyle niska, że śnieg w końcu może się utrzymać na ziemi dłużej niż dziesięć minut. Fajnie, bo jest go niewiele, ot tak łagodnie. Taka zima mi pasuje.

Zastanawia mnie, czemu ludzie jak gdzieś jadą, to zawsze biorą ze sobą mandarynki. Ostatnio jak jechałem do Krakowa pociągiem, to ktoś niedaleko mnie miał mandarynki. Nie trzeba tego widzieć, bo to od razu czuć. Ten słodki, trochę drażniący zapach. Ale nadal nie rozumiem, czemu akurat mandarynki. A nie banany. Albo winogrona. Bo co, bo są małe i łatwo je transportować, a do tego są zdrowe? No w porządku, ale czemu po ich zjedzeniu zawsze zostaje pełno skórek (które zawsze są w małych kawałkach jak puzzle, nigdy nie odchodzą w większych częściach), ręce nimi śmierdzą, że nie wspomnę o roztaczającym się wszędzie zapachu. Jakoś tak… Bez sensu. Uśmiech z językiem

Tak BTW – w Krakowie, w galerii która jest tuż przy głównym dworcu, mają zajebiste kebaby. Polecam z całego serca.

Zdałem sobie sprawę jak bardzo nie znoszę kotów. Fajnie jest mieć na nie uczulenie, a przy okazji zapomnieć lekarstw, które pomagają przy mojej zajebanej alergii na każde pyłkowe gówno. Widać lubię doświadczać różnych sytuacji w życiu, aby wiedzieć, co faktycznie jest nie tak. Idiotyczne, wiem.

Ostatnio zaoferowano mi “współpracę”, polegającą na tym, że pisałbym teksty na pewną stronę (bo wiecie, czasami uda mi się wysmażyć jakiś fajny tekst, ale tylko wtedy jak mam wenę), poruszając różne tematy, jednocześnie skłaniając “publiczność” to interakcji i wypowiedzenia się na forum. Jak dla mnie to to jest idiotyczny pomysł. Nie mam zamiaru zarabiać na swoich tekstach (pisania do gazety, lata temu, nie wspomnę), a pisanie charytatywnie i marnowanie mojego niewątpliwego talentu byłoby dla mnie mało interesujące. Poza tym nazwa tej strony (nie, nie podam adresu, odpuszczę im) bardzo mi nie odpowiada i mam przeczucie, że jak to ruszy z kopyta, to będzie miało cholernie małą widownię, do tego pełno trolli. Bo przecież w Internecie każdy (a zwłaszcza Polak) ma swoje własne zdanie i za chuja wafla nie odpuści, choćby miał się zesrać dwukilogramowym klockiem na własne krzesło. Bądź klawiaturę.

A propos trolli – zauważyliście, że nie można już niemal na nic w Internecie normalnie odpisać, nawet lekko krytykując czyjąś głupotę? Nie da się, bo momentalnie ten ktoś napisze, że cię strollował i co mu zrobię… Przecież to jest idiotyczne. Jaki w tym ludzie mają cel? Bo nie potrafią się dogadać w normalnym życiu, to dosrają innym, żeby samemu zrobić sobie dobrze nad swoją (wątpliwą) genialnością? Wiem, to jest “dla jaj”,  “for lulz”. Nie, żebym sam się tym irytował, bo staram się unikać takich sytuacji, ale czasami naprawdę poddaję w wątpliwość siłę i rozwój cywilizacyjny ludzkości. Za jakieś 50, może więcej lat, Internet nie będzie już tak łaskawie “anonimowy” jak jest obecnie. Wszędzie tam, gdzie jest chaos, zostanie prędzej czy później zaprowadzony porządek. Internet, obecnie, jest właśnie takim chaotycznym zbiorem “anonimowych” ludzi, którzy myślą że mogą wszystko, bo nikt nie wie kim się tak naprawdę jest… Robiąc głupoty, sami sobie zaciskamy pętlę na szyję… Rozumiem wolność wypowiedzi, tak. Tego nie wolno zabronić ludziom pod żadnym względem. Każda, nawet najbardziej pojebana i idiotyczna opinia może zostać wygłoszona przez ludzi. Ale trzeba włożyć dużo pracy w to, aby robić to kulturalnie i z szacunkiem do drugiej osoby. To, że ktoś lubi barszcz czerwony (którego osobiście nie lubię), nie znaczy że ta osoba jest od razu kimś gorszym. Po prostu… Jak się chcesz wypowiedzieć, to rób to z głową. Albo się zamknij i trochę pomyśl nad tym, co chcesz przekazać.

Erased.

Ostatnio oglądałem film “Zakochany bez pamięci”. Albo “Eternal Sunshine of The Spotless Mind”.

Muszę przyznać, że to całkiem zacny film. Jim Carrey zagrał swoją rolę bardzo dobrze, Kate Winslet zresztą też.Na necie czytałem, że ten film docenią raczej ci, którzy byli zakochani. Coś w tym jest, bo mi się bardzo spodobał. Uśmiech z językiem Aczkolwiek czasem zazdroszczę głównemu bohaterowi możliwości wymazania niechcianych wspomnień przez noc. Czasem by się tak chciało, człowiek by się lepiej czuł… Ale może to czasem też lepiej pamiętać. Znać swoje błędy i wyciągać wnioski. Takie tam pierdoły. Mimo teoretycznie chaotycznego przekazu wszystkiego można się domyślić zanim minie połowa filmu, albo i wcześniej. Mimo to wessało mnie do końca.

Poznawanie ludzi

Poznawanie ludzi to strasznie nudne zajęcie. Wiem, że na świecie jest ich pełno i różnią się na wiele sposobów. Chodzi mi o poznawanie nowych osób, pierwsze rozmowy z nimi i wymiana zdań / doświadczeń. Nudne i mało ekscytujące jest mówienie kolejnej osobie o sobie tych samych rzeczy, które się nam przytrafiły w życiu. Owszem, nasz rozmówca miał inne doświadczenia w życiu i może nam opowiadać o sobie, co robił, gdzie był, w jakiej pozycji lubi spać.

Tak samo jest z poznawaniem kolejnej kandydatki na dziewczynę. Wciąż trzeba ubierać ten sam garnitur kłamstw i wpychać je jej, aby to kolejna dostrzegła w nas kogoś wyjątkowego. No, chyba że zależy nam tylko na seksie, to nie ma co się wysilać. Ale jeśli już na kimś zacznie nam zależeć, to ponownie otwiera się te same mocno już zużyte księgi i czyta się z nich po raz nie wiadomo który. Najlepsze jest to, że po każdym związku dopisujemy kolejne strony, którymi możemy (bądź nie) podzielić się z kolejną kandydatką. To jest takie nudne… Wykształcenie, cele, jaka rodzina, ile razy się z kimś spało i takie tam… W kółko to samo, zmieniają się tylko liczby. Czasem się tylko doklei żółte kartki z dodatkowymi informacjami, aby te dane inaczej przetrawić. Same kopie, nic ciekawego…

Capital G

Czyli o tym, co ostatnio porabiam. Wbrew pozorom nadal żyję i zabieram innym cenne powietrze.

Zaliczyłem Wiedźmina 2 po raz drugi. Z okazji, że wyszła wersja 2.0. Ogólnie to czuć było te usprawnienia, chociaż wciąż grało mi się lepiej padem niż połączeniem klawiatury i myszki. Poszedłem ścieżką Iorwetha i powiem wam, że spodobała mi się bardziej niż ścieżka Roche’a. Może dlatego, że zwiedzamy okolice Vergen, które są dość ciekawe i moim zdaniem bardziej urozmaicone od obozu Kaedweńczyków. Ot takie moje subiektywne wrażenia.

Zamiast trzech mam cztery gigabajty pamięci RAM. Niewiele więcej, a ogólnie nadal mało, ale zauważalna poprawa jest. Zwłaszcza w GTA 4. Co dziwne, miałem GTA na innej partycji niż systemowej, z czym wiązały się problemy. Nieustannie gra nie dawała rady doczytywać tekstur. Myślałem, że to właśnie wina zbyt małej ilości pamięci. Ale nie. Postanowiłem przenieść grę na dysk C. I co się okazało? Otóż gra teraz bez problemu doczytuje tekstury, chodzi płynniej i na wyżej ustawionych detalach. Czy to wina dysku, że nie dawał rady doczytać danych? A może gra zbyt mocno korzysta z pliku wymiany i nie nadąża przez to czytać danych z dwóch partycji naraz? Cholera wie. Nie znam się aż tak na tym.

Dead Island. Nie przeszedłem za wiele, pogrywam w zasadzie od czasu do czasu. Gra ma bardzo dobry klimat i naprawdę nieźle dopracowaną grafikę, zwłaszcza jeśli chodzi o robienie rzeźni z zombie. Łamanie kończyn, odcinanie ich, miażdżenie czasek, tryskająca wokół krew… Miód dla oczu. Puszczam oczko Ciekawe zwłaszcza wyglądają złamane kończyny, zwyczajnie sobie zwisając. Dziwi mnie tylko, czemu zombiaki zdychają po odcięciu nogi, a jak się im odrąbie obie ręce to atakują zębami… No i całkiem niezła muzyka.

Władca Pierścieni. Oglądałem na YT mający w sumie ponad 300-minutowe materiały zza kulis produkcji tych filmów. Przyznać muszę, że to zwiększyło mój szacunek do całej ekipy biorącej udział w tym przedsięwzięciu. No i przez to mnie naszło na obejrzenie całej trylogii w wersji totalnie rozszerzonej (każdy film ma grubo ponad 3 godziny). W HD. Uśmiech z językiem Warto było. Oglądałem to z jakąś taką przyjemnością, a niektóre zdjęcia z lotu ptaka były wręcz niesamowite. Tak to jest jak się człowiek starzeje, to zaczyna inaczej patrzeć na stare śmieci.

Do tego wiele innych filmów…

A także kupa pomysłów na stworzenie własnej gry. Ale jak powszechnie wiadomo, nienawidzę wręcz programowania, a to zawęża moje pole do popisu. Dlatego próbuję sowich sił w różnych “grorobach”. Z marnym skutkiem. Jest kilka silników do stworzenia przygodówek, pełno do RPG 2D w bardzo japońskim stylu (w tym także MMO), ale nigdy nie ma tego czego bym chciał… Najlepiej by było zrobić coś samemu, ale… No właśnie. I tak to zatacza koło.

Mamy jesień w pełni. Aktualnie mamy piękną (no, ciężko stwierdzić, noc jest) pogodę, ale za to zimno jak kurwi syn. Temperatury bliskie zeru każdej nocy. Nie za fajnie.

Muzycznie… Muzycznie generalnie brak wielkich zmian. Słucham coraz więcej Bucketheada, do tego niemal cała dyskografia Tool, nowy album Dir en Grey oraz Sybreed. Jest nieźle.

Sercowo… Jakoś to leci. Szeroki uśmiech Jak to u mnie. Puszczam oczko

Do tego miałem pojebany sen dzisiaj. Byłem gdzieś na działce, na której remontowany był jakiś budynek, a wokół tej działki jakiś las świerkowy. Było ładnie, to chyba lato było. Na strychu tego budynku było duszno i przez szczeliny w dachu przebijały się promienie słoneczne, przez co było widać poruszający się w ciężkim powietrzu pył, czy inny kurz. Biegam po tej działce, pełnej trawy. W pewnym momencie zrywa się burza. Widzę jak POWOLI do ziemi schodzi piorun, jakby filmowany w slo-mo i uderza w ziemie. Było to strasznie głośne, jakby coś głośnego naprawdę jebło obok mnie, a ja spałem dalej. Wsadziłem palce wskazujące w uszy, aby zagłuszyć ewentualne późniejsze hałasy. Chodziłem tak chwilę i się obudziłem. Ani jakiś przerażony ani nic. Zdziwiony może, dlaczego coś takiego mnie nie obudziło. W końcu to było naprawdę głośne uderzenie, aż mi dzwoniło w uszach.

Wcześniej to mi się śniła jakaś młoda dziewczyna, z którą szałem w łóżku. Puszczam oczko Twarzy nie pamiętam, ale chyba ruda była… Szczupła, i miała mały biust. Realistyczne jak jasna cholera. Skąd, jak dlaczego? Chcę więcej. Szeroki uśmiech Ale moja podświadomość wredna jest i więcej mnie tym już nie uraczy. Uśmiech z językiem

Jak ostatnio widać mam problemy z weną. Bloga nie zamknę, nie ma mowy. Szeroki uśmiech Ale kurde ciężko jest tak pisać o niczym. Uśmiech z językiem A nie chcę też czytelników zanudzać pierdołami na swój temat. Muszę zacząć więcej myśleć. Koniecznie.

A tytuł to tytuł utworu by Nine Inch Nails.