Przesiąknięcie

Ostatnio zauważyłem, że coś jest ze mną nie tak, jeśli chodzi o słuchanie muzyki. Przez ostatnie mniej więcej dziesięć lat słuchałem głównie rocka, metalu i ich wielu odmian, choć trzymałem się z daleka od ich wyraźnie mocniejszych odmian. Nie cierpię zarzynania gitar, darcia mordy dla darcia się, co by mroczniej / ciężej było. Odkąd odkryłem Devina Townsenda, a to było jakieś chyba dwa lata temu, szczerze mówiąc to nie pamiętam, zaszła w moim guście muzycznym widoczna zmiana. W końcu poczułem, co naprawdę daje mi przyjemność ze słuchania.

Zastanawia mnie tylko skąd się to wszystko wzięło. Wiele lat temu, jak byłem gówniarzem w podstawówce i początkach gimnazjum, słuchałem, jak na tamte czasy, “dziwnej” muzyki. Wtedy jeszcze nie miałem komputera, a jak miałem to tragicznego trupa. W każdym razie moje słuchanie muzyki ograniczało się do słuchania starych kaset ojca – słuchałem głównie Queen albo Aerosmith, zdarzało się także słuchać na przykład Thin Lizzy. Jakimś cudem zaraziłem się później Jean Michel Jarrem. Chyba ktoś z naszej rodziny miał parę jego płyt i kaset, byłem ciekaw co to za muzyka. Dodatkowo JMJ nagrał bodajże motyw przewodni mistrzostw świata w piłce nożnej we Francji w 1998 roku. Hah, do tej pory pamiętam jak się za młodego zachwycałem jak Zidane strzelił piękną bramkę w meczu finałowym.

Byłem w tamtym okresie zafascynowany JMJ. Jego muzyka była zróżnicowana, momentami bardzo industrialna, czasem wręcz kosmicznie lekka. Towarzyszyła mi przez wiele lat podczas odrabiania lekcji, czy czytania komiksów (Kaczor Donald, bitch!). Muzyka elektroniczna w najlepszym wydaniu, tak myślałem.

Później przyszło gimnazjum, zetknięcie się z grupą osób wiecznie walczących o przywództwo w 23-osobowym stadzie. To był… Skomplikowany czas. Muzycznie przeszła mi ochota na elektronikę, także na starocie. Trzeba było być na czasie z resztą lepiej wiedzących, żeby nie zostać jeszcze bardziej odrzuconym. Koniecznie trzeba było słuchać jakiegoś mocniejszego rocka albo hiphopu. Uch… To był czas System of A Down. W ogóle był boom na numetal (tak, wiem – SOAD to nie numetal) i tym podobne. Fakt faktem, SOAD lubiłem, ale jakoś mnie bardziej ciągnęło do Linkin Park albo Limp Bizkit. Lubiłem słuchać Gorillaz, ale chyba głównie ze względu na ich klipy, wiecie – celshading i te sprawy. Podobało mi się to, muzycznie zresztą też. Ale nie grupce w gimbazie – zostałem wyśmiany za to, że słucham takiego syfu jak Gorillaz. Pokornie przestałem ich słuchać, choć w głębi serca wiedziałem, że to dobra muzyka jest. I śmiem twierdzić po 11 – 12 latach, że tak jest nadal. Linkin Park przeminął parę lat temu. Można stwierdzić, że skończyli się na albumie Meteora, potem zmiękli, zdarza się. Limp Bizkit zapadł się pod ziemię na jakiś czas, ale powrócili z nowym materiałem w 2011 roku, mocniejsi niż wcześniej. Good times. SOAD za to się zawiesił, ostatnio koncertują, ale ich los jakoś mnie średnio obchodzi.

Później nadszedł Slipknot, Deftones (których kocham i uwielbiam) i wiele innych zespołów. Rock i jego wszelkie odmiany wypełniały mi muzyczną pustkę.

Gdzieś po drodze napatoczyło się radio internetowe – Drone Zone. Mogłem go słuchać godzinami i faktycznie tak się zdarzało. W szkole średniej, mając już Internet, a także kolegów z różnymi zasobami empetrójek miałem dostęp do wielu różnych gatunków muzycznych. Wszystko jednak nadal oscylowało wokół rocka i metalu.

Nie zrozumcie mnie źle, ale nie wyobrażam sobie siebie słuchającego hiphopu czy jakiegoś reggae. Gusta są różne, nie warto o nich dyskutować.

W końcu po wielu latach, korzystając z last.fm, trafiłem na pewnego Kanadyjczyka grającego rock/metal alternatywny/progresywny. Był nim, oczywiście, Devin Townsend.

Szybkie bieganie po YouTube i zassałem jego pierwszy album – Accelerated Evolution. Byłem wniebowzięty. Gitary, perkusja, bass, tło dźwiękowe… Wszystko ze sobą współgrało, nie było surowo, miało klimat, po prostu to coś.

Nie napiszę, że “jest moc”. Kurwa, jak ja nie znoszę tego zwrotu.

Zdarzało mi się w technikum słuchać Riverside. Niby było spoko, ale coś mimo wszystko do końca nie grało. Było zbyt płytko. Nie wiem jak to wyjaśnić. Chyba nie lubię jak w utworach gitara basowa gra zbyt wysoko. Naprawdę nie wiem.

Do tego Devin, moim zdaniem, ma świetny głos. Idealnie mi pasuje do całej warstwy muzycznej. Chyba nigdy nie byłem aż tak zachwycony muzyką. Do tego jego ostrzejsze wydanie w postaci Strapping Young Lad spodobało mi się niezmiernie. Mimo że ich muzyka momentami zahaczała wręcz o extreme metal, to i tak dało się wyczuć rękę Devina. Plus chyba zadziałało to, że nie do końca było to śmiertelnie poważne. Lubię jak muzycy tworzą genialną muzykę i nie zachowują się jakby mieli przy okazji kij od szczotki we własnej dupie.

I tutaj wracamy do początku. Zmiana. Przesiąknięcie. Tyle lat słuchałem wiecznie czegoś co koniecznie musi mieć perkusję, gitarę lub więcej, a także wokalistę (nie wymagany). Ostatnimi czasy przyszedł Aphex Twin.

Richard David James, bo tak się ów twórca nazywa, stworzył dla mnie chyba idealny zestaw muzyki elektronicznej do słuchania. Od dark ambientu po acid techno. Uwielbiam jego Selected Ambient Works Vol. II. Uwielbiam jego Drukqs. I Care Because You Do. To nie jest jego cała dyskografia, fakt. Idźcie poszukać na Wikipedii, jeśli się wam chce. Mogę go słuchać niemal non stop, a i tak mi się nie znudzi.

Widzę, że moje słuchanie muzyki chodzi falami. Elektronika lub rock / metal. Po prostu się z tego cieszę. Że pomimo zniechęceń, wyśmiewań i tym podobnych, nadal trzymam się tego, co mi właśnie sprawia największą radość w życiu – słuchanie muzyki.

Jestem także cholernie wdzięczny swoim rodzicom. Spotykam się czasem z ludźmi, którzy wiecznie narzekają na swoich rodziców. Że jacy to oni źli, niedobrzy i w ogóle. Czy tylko ja mam szczęście trafiać na ludzi z takimi beznadziejnymi problemami, czy to moi rodzice są dla mnie najlepszymi rodzicami, jakich mógłbym sobie wymarzyć? Moi rodzice są świetni, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jak czasem mnie doprowadzają do białej gorączki, to innych bym nie chciał. I to dzięki właśnie ojcu się zaraziłem starszą muzyką rockową. Strasznie się z tego cieszę i życzę innym, aby im też było tak w życiu dobrze.

Reklamy

Another year has come… Another decade has began…

Jak na niedzielę – zimową – to piękną pogodę mamy.

Tak sobie myślę, że wypadałoby nieco podsumować zeszłe dziesięciolecie, które moim zdaniem minęło zajebiście szybko. Pewnie nie tylko mi. Będziemy szli do tyłu.

Ostatnie dwa lata były chyba jednymi z lepszych jakie miałem w swoim życiu. Pomimo wyraźnie widocznej stagnacji i kiepskiemu rozwinięciu się. Shit, rocznikowo mam już 23 lata, a nadal się czuję jak osiemnastolatek. Krytykujących mnie w tym miejscu serdecznie pierdolę. Wiem, że jestem leniwy, ale jak trzeba to się potrafię spiąć i wziąć do roboty. Nie mam planów odnośnie zakładania rodziny i takich tam. Aczkolwiek powoli zaczynam czuć, że wypadałoby się w końcu nieco usamodzielnić… Tak, sam nie wierzę, że to piszę.

Idziemy dalej. Przeskakujemy czas szkoły policealnej, po której uzyskałem tytuł technika informatyki. Idziemy do technikum gastronomicznego. To były dla mnie stracone lata. Praktycznie niczego się wtedy nie nauczyłem, poza paroma “ciekawostkami” dotyczącymi żywienia. Ale sami mi powiedzcie – gdzie z moim charakterem i podejściem do życia mogłem pójść. Poznałem kilku fajnych ludzi, z którymi i tak kontaktu nie utrzymuję. Moja klasa była bandą egoistów, każdy mądrzejszy od kolejnego.

Cofamy się. Gimnazjum. Istny koszmar i prawdziwa groteska systemu edukacji. Wymieszanie idiotów z jeszcze większymi idiotami. Każdy przyjdzie i będzie chciał koniecznie zaznaczyć swoją pozycję w stadzie.

I jeszcze… To był także ostatni rok w podstawówce. Koszmar. Zawsze byłem traktowany jako przyjezdny i ten inny, bo nie potrafiłem się pod kogoś dostosować. Od małego jestem pieprzonym indywidualistą idącym pod prąd. Uśmiech z językiem

Co jeszcze? Hm. O, w tym roku wypadnie dziesiąta rocznica zamachu na WTC. A mi się wydaje, jakby to było wcale nie tak dawno…

Powracamy do ostatnich… Powiedzmy dwóch lat.

To był dziwny czas dla mnie, także uczuciowo. Oszczędzę wam szczegółów, ale zakochałem się jak głupi drugi raz. Pierwszy raz to było totalnie bezkrytyczne i wręcz nierealne podejście z mojej strony. Od tamtego czasu się zmieniłem, mam inne spojrzenie na świat, choć wielu może mi zarzucić, że wciąż się zachowuję dziecinnie. Teraz znów jestem szczęśliwy, znów spokojnie patrzę w przyszłość.

Pozostało mi jeszcze pół roku stażu. Nie wiem, co potem. Przydałoby się znaleźć jakąś robotę.

Cele, które chcę osiągnąć w obecnej dekadzie:

  • wydorośleć, zmądrzeć
  • znaleźć dobrą pracę
  • znaleźć dobre mieszkanie
  • wymienić dowód osobisty
  • nie zepsuć przez własny egoizm rzeczy/spraw, na których mi zależy
  • wciąż pisać na blogu
  • dalej słuchać ulubionej muzyki, choć z czasem gusta się ponoć zmieniają…
  • dalej grać na kompie, zamiast chlać browar pod sklepem
  • być może nieco stracić na wadze
  • nadal mieć własne zdanie
  • nauczyć się szanować innych
  • obejrzeć kupę dobrych filmów
  • odkryć masę nowych, dobrych zespołów
  • dobrze się wysypiać

I to chyba tyle, mili państwo… Obyście i Wy mieli równie udane życie. Puszczam oczko

Moja muzyka…

Ostatnio zacząłem się bawić w, hem hem, kompozytora. Jeśli można tak to nazwać. Stworzyłem dwa utwory utrzymane w ambientowej stylistyce.

Wykorzystałem sample dostępne na stronie http://freesound.org/ .

Untitled 2 (taki tytuł, bo nie miałem pomysłu, aby jakiś sensowny wymyślić)

Untitled 2

Untitled 3

Untitled 3

Niezbyt porywające, przyznacie. 😛

Chillout…

Tak sobie człowiek siedzi i słucha różniastej muzyki.

Metal, rock, alternatywa, ciężka elektronika, trip hop i wiele innych…

Czasami nachodzi mnie ochota, aby całkowicie się wyluzować.

I tak ni z tego ni z owego naszło mnie na słuchanie chilloutu. Niby słucham tego od jakiegoś czasu, ale powiem, że to najlepszy sposób na uspokojenie myśli i wyciszenie się.

Dlatego polecam tę internetową stację radiową: http://somafm.com/play/groovesalad. Świetne, cudne, słuchać. 😉

Slipknot – All Hope Is Gone

Tak, wreszcie. Nowy album Slipknota już jest dostępny.

Kilkuletnie czekanie opłaciło się, bo moim zdaniem otrzymaliśmy najlepszą i najbardziej zróżnicowaną płytę w historii tego zespołu.

Wielu „tró” fanów narzeka, że nie jest taka jak Iowa albo Slipknot, że za miękka, że za bardzo zalatuje emo itepe.

Powiem wprost – pojebani są. Gdyby zespół wciąż nagrywał płyty w tych samych klimatach, co Slipknot i Iowa, to byście narzekali, że są wtórni i ciągle to samo grają.

Widać, że dziewiątka z Des Moines dojrzewa, tworząc przy tym znacznie ciekawsze melodie niż miks masakry na perkusji, zarzynania gitary i zdzierania gardła przy mikrofonie. Oczywiście i takie utwory na nowej płycie się zdarzają, rzecz jasna. Ale są one jakby znacznie głębsze i lepsze w odbiorze niż podobne sieki z poprzednich albumów.

Moja końcowa ocena: 11/10. Bo tak.