My Remembrance & My Butthurt

Z początku miały to być dwa oddzielne wpisy, ale z racji że nie mam od paru miesięcy weny, aby coś napisać, to zbierałem pomysły do jednego worka. Stąd tak jakby dwa wpisy w jednym… Kto wie, może oba tematycznie się połączą. W końcu w chwili pisania tego akapitu to co chcę przekazać na piśmie jest obecnie zbiorem myśli, słów – kluczy wokół których muszę dodać biszkopt, polewę i jakąś posypkę.

No i tu pierwszy problem. Trzeba od czegoś zacząć. „Najlepiej od początku” – ten zwrot jest tak cholernie głupi, że mnie głowa boli. Zwyczajnie trzeba się zebrać do pisania, nie zaprzątać głowy jakimiś pierdołami odwracającymi uwagę…

Okej, może teraz.

Ludzie z reguły chcą być pamiętani. Przez własne dzieci, wnuków, współpracowników, sąsiadów, pijaków pod sklepem, kota, psa, czy innej rybki. Chcą pokazać, że coś udało im się osiągnąć. Zwyczajnie pokazać „tu byłem”. Lata temu jak ktoś się postarał i był w miarę kumaty, mógł coś napisać, albo namalować. Albo wyrzeźbić. Fuck yeah – stworzyłem rzeźbę ludzkiej dłoni, i to tak realistyczną, że można się nią drapać po dupie i się nie odczuje różnicy (w porównaniu do żywej dłoni). Ludziska będą o mnie mówić przez setki lat po mojej śmierci, ha! A ty piekarzu z naprzeciwka to tylko sobie bochenki pieczesz codziennie, zero w tym pomysłu, aby jakoś się utrwalić w ludzkiej historii!

Obecnie mamy Internet. Rzecz całkiem niezłą jak i tragiczną dla ludzkości w obecnym niedorozwoju cywilizacyjnym. Nie chcę filozofować, jakoś mi na to przeszła ochota ostatnimi czasy.

Dostęp do Internetu ma coraz więcej ludzi. W związku z tym coraz również trudniej jest się przebić do mas ludzi, aby być tym fajnym, modnym i zapamiętanym. Choćby i na tydzień. Narysowanie czegoś artystycznie ładnego i ciekawego już nie wchodzi w grę. Rysować potrafi naprawdę sporo osób, i to niekoniecznie z naszego rodzinnego miasteczka. Jakiś gość zza oceanu narysuje to od ciebie lepiej i szybciej. Muzycznie to samo. Filmowo bywa różnie, zaraz to rozwinę dalej. Pisać każdy może, trochę kiepsko lub trochę gorzej. Nie ma gdzie się za bardzo wyróżnić.

WIEM! Napiszę komuś, że chujowo rysuje.

„Rysujesz tak chujowo gościu, że mi monitor sam w proteście zmienia kolory.”

Kogoś rozbolała dupa. Z pewnością autora, ale stara się być kulturalny.

„Ta, dzięki za krytykę.”

Krytyka – świetna sprawa. Nie musisz udawać grzecznego, zwykle mówisz wprost, co ci nie pasuje. A że kogoś obrazisz? No hej – tym lepiej! Publika się zbierze, będzie zabawnie.

Wow. I just lost my train of thought.

Za pisanie się wziąłem 21 sierpnia. Dziś jest 3 września. Ciężko mi się zebrać do pisania.

Internet został stworzony do dwóch rzeczy: porno oraz narzekania.

Dzięki porno mamy lepiej rozwiniętą technologię streamowania plików wideo. Blu-ray w PS3. I takie tam. Chwała im.

Narzekanie – ludzie lubią jak ich dupa boli. Lubią narzekać, być rasistami, homofobami i innymi jeżami. W normalnym życiu zabrania nam się narzekać, promuje się wolność, równość i braterstwo. Nie wolno obrażać kogoś, że jest gruby, bo się obrazi. Nie wolno kogoś nazwać pizdą, bo to seksistowskie. Takie tam. Ale trzeba gdzieś znaleźć ujście dla tego wszystkiego, inaczej nam dupa pęknie z bólu.

I oto JEST! Anonimowy, pełen niesamowitych możliwości INTERNET!  Ha, kogoś tam opierdolę, potrolluję, zwyzywam od najgorszych, powiem czarnemu, żeby wpierdalał dalej te swoje KFC i arbuzy.

No co? I tak się nie dowie kim jestem! Bo jestem ANONIMOWY! Pierdolnę se jakiegoś nicka, typu „whitepowerTroll”. I chuja mi zrobią.

Z biegiem czasu Internet staje się coraz bardziej powszechny. Już nie trzeba nawet mieć do tego peceta, wystarczy komórka która spokojnie obsłuży strony w necie. Powrzucasz zdjęcia, wejdziesz na fejsa. Poczytasz reddita i ponarzekasz z innymi, że gra na konsoli nowej generacji nie chodzi w 1080p i 60 klatkach na sekundę. Toż to kurwa chamstwo! Żeby programiści byli tacy tępi i nie mogli wyciągnąć w 1080p 60 klatek przy maksymalnej ilości detali?! Toż to kpina z postępu cywilizacyjnego!

Lubimy też, aby o nas pamiętano w ten, czy inny sposób.

W prawdziwym życiu coraz o to ciężej, w końcu zawsze się znajdzie ktoś lepszy od nas, w czymkolwiek. Ale w Internecie…

Oh boy! Jest tyle możliwości, aby się zapisać na kartach historii! Stronach historii? Hm.

Można się obsmarować gównem, własnym, no albo cudzym, co kto lubi. Potem wziąć smartfona (ugh…) i se jebnąć film jak się biegnie naćpanym metą przez miasto.  Bo czemu nie? Ludzie szukający coraz bardziej pojebanych rzeczy (bo oglądanie w kółko dziewczyn jedzących własne kupy w końcu się nudzi) łykną i to, zapiszą na jakichś stronach, zostanie to zapamiętane. Ludzie będą o tym pisać, tak przez tydzień, a potem nadejdzie ktoś jeszcze bardziej pojebany. I tak w kółko.

Po prostu… Naprawdę musimy robić coraz gorsze rzeczy, aby ktoś nas zauważył, bo rodzice nie poświęcali nam uwagi za młodu?

Ciąg dalszy z dnia 5 września. Widzicie, pisanie stało się dla mnie problematyczne. Dawniej myślałem, że pozjadałem wszystkie rozumy i potrafiłbym pisać na każdy temat. Dzisiaj… Dzisiaj jak widać cała para poszła w gwizdek. Będę słowem pisanym, pisanym klawiaturą, w postaci binarnej, zapisanym na jakimś dysku na jakimś odległym serwerze. Niech nam zabraknie prądu. Albo niech te dyski padną. Co wtedy zostanie? Nasze wspomnienie. Wspomnienie o tym, że poświęcaliśmy swój czas na tworzenie czegoś, co nie ma sensu, mieć go nie będzie, za to będzie dziwnym archiwum naszych myśli, tych chwilowych jak i myśli układanych w całość przez lata.

Może kiedyś sobie ściągnę moje wszystkie wpisy, ułożę ładnie w PDF-ie, a następnie wydrukuję? Taki nietypowy pamiętnik… To jest dobry pomysł.

Po przejrzeniu podglądu tego wpisu stwierdzam, że jest on o niczym. Do tego jest cholernie długi, nawet jak na mnie… Próbowałem, a zawiodłem, jak zawsze. Cóż, zawsze będzie można się zapaść ponownie pod ziemię na sześć miesięcy. 😉

Reklamy

Jeden rok

Jeden rok trwał mój staż w pewnym urzędzie państwowym.

Jeden rok, dacie wiarę? Zdajecie sobie sprawę jak szybko ten czas minął? Niech mnie ktoś uświadomi, bo ja nadal niedowierzam w to jak szybko to zeszło. Na początku koniec wydawał się tak odległy, że wręcz nieosiągalny. A tu nagle z tygodnia na tydzień wszystko się skończyło.

Cóż… Myślę, że pora wylać w końcu swoje myśli, przemyślenia, żale i inne takie po dość długiej nieobecności.

Nauczyłem się wielu różnych rzeczy, przydatnych w pracy. Rozmowy, kompromisy itp… Jako że w pracy najwięcej było kobiet (ponad 30 na wydział) to trzeba było się nauczyć rozmawiać z tymi kobietami… Mówię Wam, to była czasami mordęga. Ale czułem, że bycie męską wisienką w tym kobiecym cieście ma swoje plusy. Kobiety jak to kobiety – mimo, że z natury przyjazne i miło nastawione do siebie, potrafiły czasami iść ze sobą na noże. Dlatego inaczej zachowywały się w stosunku do płci przeciwnej. Miłe, uśmiechnięte, żartujące, czasem i niewybrednie flirtujące (sic!).

Reponata (czyli pakowanie papierów do teczek w archiwum) jest cholernie żmudną i niewdzięczną robotą. Cieszę się, że to już za mną.

Staż to także była możliwość poznania wielu ludzi.

Wraz ze mną na wydział przypadły także dwie koleżanki, które darzę niesamowitą sympatią, w tym jedną to, że tak powiem, szczególną.

Pierwsza z nich, mniej z nią rozmawiałem w zasadzie, nie wiem czemu. Widać inne charaktery i takie tam, bywa. Dużo się uśmiechała, czasem palnęła coś zabawnego, śmialiśmy się we trójkę. Wzięła ślub w czerwcu. Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, heh. Puszczam oczko

Druga… Cóż, druga koleżanka to zadziorna dziewucha, co nie lubi jak się jej dmucha w kaszę. Ona sama zawsze lepiej wiedziała, co robić. Rozgadana za to, uwielbiałem z nią gadać. Każdy ma swoje argumenty, ale mimo to ona zwykle chciała, żeby jej było na wierzchu. A z racji, że ja sam uwielbiam mieć swoje zdanie, to potrafiłem z nią gadać i gadać. Ba, czasami nawet się drzeć, no bo “to ja mam rację”. Puszczam oczko Mimo, że twarda na zewnątrz, to w środku jest dziewczyną, która się wzrusza, czy przeżywa różne sytuacje. Najbardziej to się dało zauważyć na końcu stażu, kiedy się pakowała ostatniego dnia. Widać było po niej, że lubiła to, co robi. Była w tym naprawdę niezła. A mimo to widać było po niej smutek. Że to koniec.

I tak samo jak ona, tak i ja będę trochę tęsknił za tym rokiem. Bo mimo wszystko było tam fajnie… Pomijam kwestię pięciu minut piechotą do pracy, przydatną zwłaszcza w zimie.

I tak oto ponad połowa roku 2011 jest już za mną. Wiele nowych przeżyć, równie wiele starych. Dużo zakończeń, dużo początków. Wiele błędów. Nieco mniej rzeczy, z których jestem zadowolony. Wstyd mi za siebie w wielu sprawach. Ten czas także mi pozwolił dowiedzieć się wiele o sobie.

 

PS. Wybaczcie, że nie spisałem wszystkiego, co mogłem, co pamiętałem, a czego nie pamiętałem.

Bo życie…

… jest jak słoik cukru.

You may ask me: WHYYYY?!

Odpowiem Wam: because…

Będę pisał po polsku, bo z Polski pochodzę. Uśmiech z językiem

Życie jest jak słoik cukru. Generalnie widzisz całą słodycz w środku, ale żeby się do niej dostać, trzeba się nielicho nakrętką nakręcić. Uśmiech z językiem Gorzej, że w trakcie odkręcanie słoik się może wyśliznąć z łap i z hukiem spadnie na podłogę rozsypując cenne węglowodany. Puszczam oczko

Kurwa, wyrośnie ze mnie drugi Coelho jak nic. Szeroki uśmiech

Another year has come… Another decade has began…

Jak na niedzielę – zimową – to piękną pogodę mamy.

Tak sobie myślę, że wypadałoby nieco podsumować zeszłe dziesięciolecie, które moim zdaniem minęło zajebiście szybko. Pewnie nie tylko mi. Będziemy szli do tyłu.

Ostatnie dwa lata były chyba jednymi z lepszych jakie miałem w swoim życiu. Pomimo wyraźnie widocznej stagnacji i kiepskiemu rozwinięciu się. Shit, rocznikowo mam już 23 lata, a nadal się czuję jak osiemnastolatek. Krytykujących mnie w tym miejscu serdecznie pierdolę. Wiem, że jestem leniwy, ale jak trzeba to się potrafię spiąć i wziąć do roboty. Nie mam planów odnośnie zakładania rodziny i takich tam. Aczkolwiek powoli zaczynam czuć, że wypadałoby się w końcu nieco usamodzielnić… Tak, sam nie wierzę, że to piszę.

Idziemy dalej. Przeskakujemy czas szkoły policealnej, po której uzyskałem tytuł technika informatyki. Idziemy do technikum gastronomicznego. To były dla mnie stracone lata. Praktycznie niczego się wtedy nie nauczyłem, poza paroma “ciekawostkami” dotyczącymi żywienia. Ale sami mi powiedzcie – gdzie z moim charakterem i podejściem do życia mogłem pójść. Poznałem kilku fajnych ludzi, z którymi i tak kontaktu nie utrzymuję. Moja klasa była bandą egoistów, każdy mądrzejszy od kolejnego.

Cofamy się. Gimnazjum. Istny koszmar i prawdziwa groteska systemu edukacji. Wymieszanie idiotów z jeszcze większymi idiotami. Każdy przyjdzie i będzie chciał koniecznie zaznaczyć swoją pozycję w stadzie.

I jeszcze… To był także ostatni rok w podstawówce. Koszmar. Zawsze byłem traktowany jako przyjezdny i ten inny, bo nie potrafiłem się pod kogoś dostosować. Od małego jestem pieprzonym indywidualistą idącym pod prąd. Uśmiech z językiem

Co jeszcze? Hm. O, w tym roku wypadnie dziesiąta rocznica zamachu na WTC. A mi się wydaje, jakby to było wcale nie tak dawno…

Powracamy do ostatnich… Powiedzmy dwóch lat.

To był dziwny czas dla mnie, także uczuciowo. Oszczędzę wam szczegółów, ale zakochałem się jak głupi drugi raz. Pierwszy raz to było totalnie bezkrytyczne i wręcz nierealne podejście z mojej strony. Od tamtego czasu się zmieniłem, mam inne spojrzenie na świat, choć wielu może mi zarzucić, że wciąż się zachowuję dziecinnie. Teraz znów jestem szczęśliwy, znów spokojnie patrzę w przyszłość.

Pozostało mi jeszcze pół roku stażu. Nie wiem, co potem. Przydałoby się znaleźć jakąś robotę.

Cele, które chcę osiągnąć w obecnej dekadzie:

  • wydorośleć, zmądrzeć
  • znaleźć dobrą pracę
  • znaleźć dobre mieszkanie
  • wymienić dowód osobisty
  • nie zepsuć przez własny egoizm rzeczy/spraw, na których mi zależy
  • wciąż pisać na blogu
  • dalej słuchać ulubionej muzyki, choć z czasem gusta się ponoć zmieniają…
  • dalej grać na kompie, zamiast chlać browar pod sklepem
  • być może nieco stracić na wadze
  • nadal mieć własne zdanie
  • nauczyć się szanować innych
  • obejrzeć kupę dobrych filmów
  • odkryć masę nowych, dobrych zespołów
  • dobrze się wysypiać

I to chyba tyle, mili państwo… Obyście i Wy mieli równie udane życie. Puszczam oczko

Jestem Zajebisty…

… ale sam nie wiem czemu (dobra, czytaj dalej to się może dowiesz czemu). 🙂

To chyba wina mojego rozbuchanego ego, połechtanego słowami Tej Jedynej. 🙂

Serio! Dzięki niej odkryłem siebie samego na nowo i zaczynam niejako dostrzegać kim naprawdę jestem. 🙂

Wiadomo – każda ma inny gust i woli co innego. Faceci to samo.

Ale. 🙂

Wygląda na to, że jeśli chodzi o bycie z kimś w kimś związku, to potrafię być mimo wszystko czuły, opiekuńczy i skłonny do poświęceń. Mogę też być niebezpiecznie wręcz zazdrosny. Wierzcie mi – to, co się ze mną dzieje, gdy staję się zazdrosny, powoduje, że staję się groźny i nieprzyjemny dla otoczenia. W ogóle z powodu mojego zakochania (a to trwa już jakieś dobre ponad pół roku) jestem trudny do zniesienia. Bardziej żywiołowy, otwarty na innych, ponuractwo zepchnięte na dalszy plan.

Kurde, jak to kobieta potrafi człowieka zmienić. 🙂

I z tego co wiem, to wiele dziewczyn straciło szansę na zdobycie naprawdę porządnego faceta (no, pomińmy kwestię mojego wyglądu), z którym warto być. 🙂

Jak stwierdziłem na wstępie – jestem zajebisty. 😀